DZIŚ
Światowy Dzień ChoregoDzień Dokarmiania Zwierzyny LeśnejEuropejski Dzień Numeru Alarmowego 112
NGOholicy
Kiedy dobrze się rozejrzeć, widać, że aktywiści traktują swoje zadania niezwykle poważnie. Wielu zarywa weekendy i przesiaduje wieczorami w pracy, bo pochłania ich realizacja misji. Gdzieś przebiega jednak granica między dużym zaangażowaniem a opętaniem pracą. Czy aktywista musi być pracoholikiem? Pytamy o to Piotra Mosaka, psychologa i trenera.
2010-08-02, 14.35
Działalność w organizacjach ma to do siebie, że ich misja potrafi napędzać tak, że łatwo się zatracić. Pułapka polega na tym, że trzeci sektor raczej nie kojarzy się z „wyścigiem szczurów” i konkurencją, kto dłużej i wydajniej, a sama misja stanowi swoiste usprawiedliwienie dla dużego zaangażowania. Gdzie zatem przebiega granica między realizacją siebie a nadmierną pracą?
Piotr Mosak: – Chodzi przede wszystkim o proporcje. To pytanie o hierarchię wartości – jeśli na jej szczycie znajduje się praca, trzeba się zastanowić, ile czasu poświęcam jej, ile sobie, ile przyjaciołom, a ile bliskim. Są sytuacje, gdy przy krótkim, terminowym projekcie odpuszcza się na jakiś czas pewne sprawy, ale raczej nie w przypadku projektów rocznych czy dwuletnich. Jeśli człowiek zerwie kontakty z resztą ważnych spraw, to po dłuższym czasie albo nie ma potrzeby, albo ochoty, albo wręcz nie ma do kogo wracać. Wtedy życie pracą staje się ucieczką lub zapełnieniem sobie czasu. Jeżeli nie mam dla kogo żyć, nie mam przyjaciół, a moi znajomi to ludzie, z którymi pracuję i gadamy już tylko o pracy, to znaczy, że reszta życia przestała istnieć. Może to być też sygnał, że w życiu prywatnym czy towarzysko coś mi się nie układa. Jeśli nie potrafię tego przyznać albo nie chcę nad tym pracować, to wtedy uzasadniam sobie brak działań tym, że jestem zajęty. Przecież jak skończę, to do tego wrócę. Albo na tyle się zagłuszam, że w ogóle się nad tym nie zastanawiam, bo z pracy wracam o 23 i już nie mam siły myśleć.
A czy można określić te cechy, które powodują, że człowiek jest szczególnie podatny na zafiksowanie się na pracy?
P. M.: – Na pewno sprzyja temu niskie poczucie własnej wartości, kiedy człowiek za wszelką cenę chce udowodnić światu, że jest lepszy i że zrobi wszystko najlepiej, nie śpiąc, nie pijąc i nie jedząc. Wciąż coś chce udoskonalać, a gdy nie umie sam ocenić, czy to co robi jest dostatecznie dobre, pyta innych, bo ta zewnętrzna ocena jest dla niego szalenie istotna. Próbuje poczuć się lepszy, gdy jest fantastyczny w oczach innych. Druga rzecz to ambicja, ta chora – jeśli już czegoś się podjąłem, to muszę to zrobić, chociażby się waliło i paliło. Dochodzi jeszcze brak elastyczności i nadmierne przyzwyczajenie do swojego stylu pracy. Takie, że choć wiem, ile się przez ostatnich 20 lat zmieniło w zarządzaniu ludźmi, procesami, technologiami, nie zmieniam przyzwyczajeń i metod.
Jak rozpoznać, że dryfujemy w tym pozbawionym proporcji kierunku?
P. M.: – Kiedy jestem zaangażowany w pracę, ale potrafię wyjść o 18, bo mam spotkanie z narzeczoną i przyjacielem, a potem leci fajny film i rozumiem, że jest to jednakowo ważne jak praca – to jest okej. Pracuję po to, żeby żyć, jest to jedna z części składowych tego życia. Jeśli mam poczucie winy, że wyszedłem przed 23, to proporcje się pogubiły. Może to znaczyć, że nie mam wysokiego poczucia własnej wartości i praca, jej wyniki, służą mi do dostarczania go sobie z zewnątrz. Drobiazgowość i nadmierna dokładność powoduje też, że dodajemy sobie pracy. Cyzelowanie może mieć fundamentalne znaczenie przy lotach w kosmos, ale jeśli walczymy o różnicę rzędu 100 zł w projekcie i marnujemy na to dwa tygodnie, czyli kosztuje nas to znacznie więcej – nie opłaca się.
Myślę sobie, że aktywiści mają poczucie, że nie chodzi tylko o nich, bo zwykle działają też na rzecz osób trzecich. Jest poczucie odpowiedzialności za rezultat – jeśli czegoś nie zrobię, zaniedbam, to ucierpi na tym ktoś na drugim końcu procesu. Czasami pracujemy nad zaspokajaniem bardzo podstawowych potrzeb.
P. M.: – Wtedy musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to jest moja praca, czy to jest moja misja. Jeśli to praca, to powinienem się nauczyć, że pracuję od-do i w tych godzinach spełniam oczekiwania i pomagam innym zaspokajać potrzeby i aspiracje. Nie muszę wtedy budzić się w środku nocy i zastanawiać się, co teraz robią moi podopieczni, bo to kompletnie nie ma sensu i niczego nie zmieni. Natomiast jeśli chcę żyć pracą jako misją, to powinienem sobie uczciwie powiedzieć – tak, będę żył tylko tym, jak taka Matka Teresa. Nie będę miał rodziny, nie będę nikogo oszukiwał i obiecywał „na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie”. Bo wiadomo, że jak tylko będzie trzeba to polecę do Afryki i będę mieszkał pół roku w dżungli. Zatem albo misja, albo praca.
To co wybrać?
P. M.: – Nie ma nic złego ani w jednym, ani w drugim. Tylko jeśli powiem sobie, że jednak chodzi mi o pracę i mam żonę, dzieci i wielu bliskich przyjaciół, ale faktycznie to jest moja misja, to nie jestem uczciwy. W takim przypadku trzeba zrobić rachunek sumienia i powiedzieć przyjaciołom: słuchajcie, to jest dla mnie ważne i nie będę chodził trzy razy w tygodniu na siatkówkę, bo mam teraz super projekt i nim żyję. Jak się skończy, spróbuję przyjść na kolejny mecz, ale nie obiecuję, bo może znowu trafi się następny fajny projekt. Jest to uczciwe i ludzie mogą się do tego przyzwyczaić. Jeżeli oszukujemy siebie, to i my i ludzie w naszym otoczeniu chodzą sfrustrowani.
Jest jednak jakaś krańcowa wytrzymałość tego otoczenia?
P. M.: – Dotyczy ona osób najbliższych, rodziny. Rodzice raczej powinni nas kochać, mąż czy żona mogą jednak nie wytrzymać. Chyba że ustalamy sobie: kochanie, jesteś żoną marynarza i takie jest nasze życie, że pół roku jestem na morzu. Problem, jeśli ona tego nie wiedziała, wychodząc za mąż. Można jednak i to wydyskutować, jeśli dzieli się pewne wartości. Mam męża misjonarza, często go nie ma, ale robi ważne rzeczy i gdy jest, nadrabia jakością tych kontaktów. Musi być to jednak uczciwe i otwarte, nie polegać na składaniu obietnic bez pokrycia, w stylu „kochanie, już nie będę pił”. Nieprawda, to raczej „kochanie, obiecuję ci, że dalej będę wracał o 12 w nocy”. Albo to przeżyjemy razem albo trudno – będzie trzeba zmierzyć się z rozstaniem. Przyjaciele natomiast to takie osoby, których zadaniem jest akceptować siebie nawzajem. Jeśli do nich uczciwie podejdziemy, możemy sobie powiedzieć: dobra, to będziemy się przyjaźnić jak kowboje. Jak się miniemy na prerii to fajnie, jak się nie miniemy – to miniemy się za rok, trudno. Przynajmniej nazbiera się dużo tematów do rozmowy.
Zastanawiam się, jaką rolę w tym przywiązaniu do pracy gra zespół?
P. M.: – Jeśli chcemy wyjść z pracoholizmu, łatwiej zrobić to w zespole podzielonym według ról i to dopasowanych do osobowości. Mamy wizjonera-marzyciela, który tworzy, mamy realistę, który sprawdza, jak należałoby tę wizję wdrażać i życzliwego krytyka, który przewiduje potencjalne problemy, żeby przedsięwzięcie się udało. I pomysł krąży, dopóki nie rozwiąże się wszystkich problemów. Jeśli jesteśmy w określonej roli, to nie musimy robić wszystkiego. Problem mają ci pracoholicy, którzy mają poczucie, że muszą zająć się wszystkim, bo nie ufają innym i nie potrafią delegować obowiązków. Pilnuję, czy jest papier toaletowy w łazience i jednocześnie prowadzę projekt i kieruję zespołem.
Jeśli zajmujemy się „swoim”, to wiemy, że jest jakiś kres. Zrobiłem „swoje”, dziś już więcej nie zrobię, bo czekam na innych, więc o 18 mogę iść do domu. Jeśli jestem odpowiedzialny za wszystko – świat przecież nie śpi, jak zamykają jedne giełdy, to otwierane są inne – właściwie ja też nie powinienem spać. Praca zespołowa może spowodować, że koledzy nas przyhamują – ja mam takie tendencje, a oni mówią: dobra, jak chcesz to siedź, my gasimy światło.
W organizacjach ludzie często są zaprzyjaźnieni, bo mają poczucie wspólnego celu, który uznają za ważny, którego realizacja wprowadza zmianę w świecie. Z jednej strony jest to ogromne wsparcie, a z drugiej czy to nie pułapka? W takim zespole nikt nie zagwiżdże na fajrant.
P. M.: – Wtedy jest szansa, że to będzie jednocześnie krąg moich znajomych. Poszukując swojej „niszy ekologicznej”, wdepnę w krąg ludzi żyjących tą samą pasją i nie będę miał poczucia winy. Wszyscy wtedy żyją tym samym, ja nie śpię po nocach i inni też nie. Ludzie łączą się poprzez pasje i czują się świetnie, bo nikt ich nie krytykuje. To może nas jednak odciąć od tych, dla których nie mamy czasu, gdy gdzieś obok jest ten nieszczęśliwy partner, który nie kuma, co nas tak kręci. Ale bywa przecież też i tak, że ludzie w takich kręgach łączą się w pary i żyją razem tymi pasjami przez lata, jak Tony Halik i Elżbieta Dzikowska (uśmiech).
Wydaje mi się, że ktoś, kto zajmuje się pracą dla dobra publicznego, nie dla pieniędzy a często jako wolontariusz, już na starcie staje się outsiderem. Sektor nie jest szeroko znany jako pracodawca, wolontariuszy jest mało. Na rodzinnej imprezie aktywiście trudno jest się włączyć w rozmowy o pracy, bo w biznesie ludzi motywuje co innego.
P. M.: – Rozmawiamy zawsze o tym, co nam praca daje. Większości z nas daje zyski: osobiste – relacje, władzę, wpływ, wiedzę, plotki, romanse; oraz materialne - kasę, możliwości, wakacje, ciuchy, mieszkanie. Po drodze są jeszcze znajomości. I jeśli ktoś mówi: a mi praca daje satysfakcję, bo kolejne dziecko nie jest głodne, reszta patrzy na niego jak na idiotę. Na wakacjach nie był, bo nie ma czasu i pieniędzy, nikim nie rządzi i nie ma wpływów. Człowieku, to jak ty żyjesz? I to dlatego taki ktoś staje się outsiderem. Chciałby o tym mówić, ale niewiele osób chce go słuchać. To jest różnica przekonań i życia w świecie innych potrzeb. Nie ma w tym nic złego, bo przecież w wielu sprawach się między sobą różnimy. Chodzi o to, by się tym nie przejmować i nauczyć się ciekawie o swoich pasjach mówić. Często okazuje się, że wśród osób, których uważamy za „pustaki” może znaleźć się wielu, którzy zrozumieją. Mogą oni dać takiemu aktywiście bardzo ważną rzecz – szacunek. Mimo, że nie ma mnóstwa kasy, to robi coś co sprawia, że jest szczęśliwy i opowiada o tym z pasją. Jeżeli będzie pokazywał właśnie to, to ludzie będą go szanować. Bo przecież, mimo że różne rzeczy mają, to bywa, że nie do końca są szczęśliwi. No, a jeśli będzie robił coś „dziwnego” i jeszcze do tego będzie „nudził”, to nikt go nie zrozumie: nie dość, że żyjesz w matriksie, to jeszcze narzekasz.
W jaki sposób lider, który widzi u siebie kandydatów na misyjnych pracoholików, może stworzyć takie warunki, by praca nie drenowała ich i nie wypalała, a stanowiła źródło szczęścia?
P. M.: – Taki ktoś jest w tej sytuacji coachem, mentorem, który musi ustalić ścisłe zasady wykonywania pracy. Godziny, zakres odpowiedzialności, opis stanowiska. Żeby taki pracoholik wiedział, że nie musi, a nawet nie powinien pracować za wszystkich. Chodzi o stworzenie rodzaju „personalnego ISO”, dzięki któremu wiadomo, jak wygląda obieg dokumentów i kto, przed kim i za co odpowiada. To sprzyja ustaleniu normy efektywności, a nie wydajności – co się ludziom myli. Nie chodzi o to, żeby zrobić jak najwięcej i paść na twarz, tylko zrobić coś ważnego i nie paść. Wtedy ten pracownik – nawet gdyby chciał pracować więcej – to nie może, bo wtedy łamie reguły. Jeśli to konieczne, reguluje się sprawę do tego stopnia, że mówi się: po 19 do mnie nie dzwonisz, bo ja, twój szef, mam prywatne życie. Proponuję ci, byś też spróbował. Podobno to fajne.
źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE | ZOBACZ WSZYSTKIE KOMENTARZE (4)
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.










