Z wiceprezydentem Paszyńskim o kulturze i nie tylko
Strategia rozwoju kultury? - po wakacjach, Teatr Ochoty? - poszukamy innych rozwiązań, InfoQultura? - w następnej kadencji, Weterynaria na Grochowskiej? - otworzy się na organizacje, ESK 2016? - będzie lepiej... - mówi wiceprezydent Warszawy, Włodzimierz Paszyński, któremu podlega "resort" kultury i sprawy społeczne w mieście.
Zacznijmy od Strategii Społecznej, uchwalonej w grudniu 2008. Czy pan Prezydent widzi jakieś konkretne, widoczne rezultaty jej wprowadzenia? Włodzimierz Paszyński: – Na początku podkreślę, że praca nad Strategią była po pierwsze pracą ogromnego zespołu ludzi, a po drugie zaczęto ją od nowa i zarazem nie od nowa. Nie od nowa – ponieważ rozwijaliśmy rozwinęliśmy w niej intuicje, elementy, które pojawiły się w pierwszych trzech miesiącach po objęciu stanowisk w Urzędzie Miasta i które przedtem też rysowały się w programach kandydatów na prezydenta, mam na myśli program Hanny Gronkiewicz-Waltz i Marka Borowskiego.Tak więc praca nad strategią była jednocześnie otwarciem się na pomysły nowe i kontynuacją.
A czy przyniosła już jakieś konkrety? W. P. – Do tego zaraz wrócę. Chcę powiedzieć, że napisanie strategii wynikło oczywiście z odgórnie narzuconego obowiązku. Szereg gmin, wypełniając ten ustawowy obowiązek, stworzyło po prostu program rozwoju pomocy społecznej…
Kopiując od siebie wzajemnie…
W. P. – Właśnie. My postanowiliśmy to zrobić inaczej, porządnie i całościowo, wychodząc od diagnozy. Pojawiały się głosy krytyczne: że robiliśmy to długo, że ślamazarnie. A nam zależało, by ten dokument miał wymiar intelektualny, by naprawdę coś znaczył. Pytacie o efekty i korzyści… Po pierwsze, to była właściwie pierwsza na tak szeroką skalę zakrojona praca interdyscyplinarna. To jest swoista wartość, dlatego, że miasto funkcjonowało i w dużej mierze do dzisiaj – mówię to z żalem – funkcjonuje bardzo „resortowo”. Jest nawet takie pejoratywne określenie „Polska resortowa” – opisujące syndrom całego kraju. Próbowaliśmy pójść w poprzek tradycyjnych resortowych podziałów w Urzędzie i widać owoce tego, czyli Strategię.
Mówi ona o szeroko zakrojonej polityce społecznej: z jednej strony rozumianej jako opieka, pomoc, ale z drugiej strony jako edukacja, kultura, sport. Dotyka także kwestii infrastruktury, podlegających Biuru Polityki Lokalowej czy Architektury.
A co to dało?
W. P. – Choć ujawniło się mnóstwo różnych napięć, to niewątpliwym sukcesem jest, że zauważalnie zwiększyła się skłonność do współpracy miedzy biurami. Poza tym powstają strategie „specjalistyczne”, które są kompatybilne z dokumentem ogólnym. W tej chwili jest w konsultacjach strategia sportu. Za chwilę będzie kultura. Była edukacja. Wszystkie te dokumenty dotyczą czasu dłuższego niż jedna kadencja. Strategie przekładają się na konkretne programy. Rada Warszawy uchwaliła program „Rodzina” – w postaci po prostu programu operacyjnego. Kolejne to: program dotyczący niepełnosprawności, potem, po wakacjach, będą "Seniorzy".
Prosimy o konkrety…
W. P. – Wzrosła liczba uniwersytetów trzeciego wieku. Jest ich ok. 30, z czego 20 współfinansuje miasto. Ciekawy jest na pewno pilotażowy projekt asystentów rodzinnych, czyli osób wspomagających rodzinę zawczasu, a nie wtedy, gdy jest już poważna sytuacja kryzysowa. To rozwiązanie kopiują inne miasta.
Rozwijamy opiekę zastępczą, za chwilę oddajemy kolejny rodzinny dom dziecka, tworzymy mieszkania filialne i chronione. …
Doskonale działa centrum dla niepełnosprawnych na Andresa, pamiętacie, jak to wyglądało dwa lata temu, prawda? A więc z jednej strony reagujemy jak najszybciej na określone sytuacje, a z drugiej pracujemy nad programem, który utrwala dobre rozwiązania i wyznacza kierunki działania w wieloletniej perspektywie.Za chwilę oddajemy kolejny…
Doskonale działa centrum dla niepełnosprawnych na Andersa, pamiętacie, jak to wyglądało dwa lata temu, prawda? A więc z jednej strony pracujemy nad programem, który systematyzuje pewne rzeczy, a z drugiej strony reagujemy jak najszybciej na określone sytuacje.
W. P. – Na razie trudno jest coś oceniać, można tylko odnieść się do dokumentu jako takiego…
A czy powstała sieć dzielnicowych koordynatorów ds. edukacji kulturalnej?
W. P. – Powstała sieć koordynatorów. Poznałem ich parę dni temu na spotkaniu. Jak to się będzie rozwijać – zobaczymy. Na pewno bardzo różnie w różnych punktach miasta. Wracając do dokumentu: pokazuje on pewne kierunki, moim zdaniem dobre. Nie zawsze jednak wskazane zostały konkretne działania. W tej chwili koordynatorzy je wypracowują. Zależy nam, by były spójne z innymi rozwiązaniami, np. w "Karcie Rodziny", która będzie suplementem do programu "Rodzina", pojawią się teatry dla dzieci. Kultura, edukacja kulturalna jest też wymieniona w „Szkole z pomysłem”.
Nie zaczynamy niczego od nowa, bo przedsięwzięć obejmujących edukację kulturalną trochę w mieście jest. Nie oceniam, nie mówię: mało, dużo, średnio. Są znakomicie pracujące placówki kultury czy edukacyjne. Są też takie, które sobie kompletnie nie radziły, czy też radziły gorzej. Nie próbujemy niczego zatajać. Znamy raport na temat domów kultury i wyciągamy z niego wnioski. Trzeba będzie uczyć tych, którzy nie chcą „wejść” w edukację kulturalną. Bo będą musieli w nią wejść.
Inicjatyw z tej dziedziny jest coraz więcej. Dostaję nieprawdopodobną liczbę zaproszeń: przeglądy teatralne, przeglądy muzyczne, wystawy. Zdarza się, że po szkolnej edycji jakiegoś wydarzenia, następne są już na profesjonalnych scenach warszawskich teatrów.
W programie edukacji kulturalnej współpraca międzysektorowa, miedzy instytucjami a organizacjami jest opisana bardzo niewyraźnie. Nie ma na nią nacisku. A wiemy, jak to wygląda: w wielu wypadkach szczytem osiągnięć są spektakle dla szkolnych grup zorganizowanych. Nie uwzględniono prywatnych, pozarządowych centrów kultury.
W. P. – W programie edukacji kulturalnej?
Tak.
W. P. – Myślę, że tam się nie dzieli na publiczne i niepubliczne. To otwiera…
Ale sieć koordynatorów dotyczy tylko szkół i domów kultury. Nie ma sieci koordynatorów związanych z organizacjami pozarządowymi, które zajmują się edukacją kulturalną.
W. P. – Po pierwsze - cały czas rozmawiamy o tym, słuchamy głosów krytycznych i jesteśmy otwarci na propozycje zmian. Po drugie, koordynator to osoba, która ma się w dzielnicy zająć po prostu edukacją kulturalną. I publiczną, i niepubliczną. Ona ma wiedzieć dokładnie tak samo, co gra teatr miejski, i co niepubliczny. To jest po prostu jej obowiązkiem. Rozumiem, że czasem jest tak, że – i to pewnie kryje się za tym pytaniem –ci koordynatorzy często poruszają się utartymi drogami. Ale to trzeba zmieniać. Trzeba działać na ludzi, a nie na zasady. Zasada jest tutaj bardzo czytelna: przestrzeń kultury jest wspólna – nie ma tego, że coś jest publiczne, a coś niepubliczne.
A dlaczego ten program nie był konsultowany z Komisją Dialogu Społecznego ds. kultury, chociaż jak wół jest napisane w programie współpracy, że „przystępując do tworzenia strategii programów społecznych oraz innych aktów wpływających na współpracę organizacji z miastem, miasto zaprasza do współpracy przedstawicieli forum lub komisji”.
W. P. – Nie wiem. Nie śledziłem procesu tworzenia tego projektu, i jeśli rzeczywiście on nie był tak konsultowany, to zapewne popełniliśmy błąd. Pamiętam jednak spotkania, w których brały udział liczne gremia, na pewno interdyscyplinarne, bo widziałem tam ludzi z kultury, z edukacji, z polityki społecznej. Pytanie, jak wyglądała tam ta pozarządowa sfera. Nie umiem powiedzieć, do jakiego stopnia albo czy w ogóle była w to włączona. Pamiętajmy, że program to nie jest Pismo Święte – że można go zmieniać. Jak zaczniemy mówić o realizacji tego programu, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby ten krąg ludzi był zdecydowanie szerszy.
W mojej ocenie miasto się boi konsultowania. Zupełnie bezpodstawnie, gdyż jak wskazuje praktyka otwartych i szerokich konsultacji programu współpracy, tak mało podmiotów jest w stanie wykonać wysiłek, by dać merytoryczne uwagi, że nie należy się bać, bo jest ich naprawdę niewiele. Więc takie wskazywanie palcem „ciebie pytam, ciebie i ciebie” jest niepotrzebnie zamykające i niepotrzebnie psuje wizerunek. Narusza też lokalne prawo.
W. P. – Tak bywa, nie polemizuję. Myślę, że to jest efekt pewnej niedobrej, ale też łatwo dającej się wytłumaczyć tradycji. Ta pozarządowa, pozapubliczna sfera jest bardzo młoda. Boją się jej ludzie, którzy od lat funkcjonują w bardzo uporządkowanych strukturach. W reakcji na coś nowego, nieznanego, z czym nie są oswojeni, zachowują dystans, czasem podszyty strachem. A strach powoduje agresję…
I z jednej strony sfera, nazwijmy ją urzędniczą, boi się różnych, „nieuczesanych” często, pomysłów; z drugiej zaś, ta niepubliczna ma urzędników za stado wyjątkowo niereformowalnych mułów, i to niewątpliwie kontakty utrudnia. To często, konstatuję to z żalem, dwa światy, inne sposoby myślenia o kulturze, różne upodobania estetyczne. Jest to też, na pewnym poziomie, klasyczny spór młodych ze starymi.
I tak, i nie. Może w kulturze łatwo powiedzieć, że to inna estetyka, choć granice się bardzo zacierają. Ale uniwersytety trzeciego wieku są robione przez pozarządówkę. Nie ma żadnych dwóch spojrzeń.
A rada wspierająca starania o uzyskanie tytułu ESK 2016? Tam są nasze koleżanki, osoby szanowane w pozarządowym środowisku. Nie budzą kontrowersji. Prawdopodobnie sami byśmy je także wskazali. Ale dlaczego wybrane zostały metodą wskazywania palcem? Choć w programie współpracy…
W. P. – Co ja mogę powiedzieć?
Że bura będzie?
W. P. – Nie, nie. Ale nie polemizuję. Zgadzam się - nie zostało to zrobione w tym trybie. Różni ludzie mają różne style działania. Dlatego warto docenić, jak powstaje program rozwoju kultury, że jednak zaproszono do jego tworzenia, do dyskutowania nad nim sporą gromadę ludzi.
Ale tezy, kierunki rozwoju, które zostały tam umieszczone, też nie były przedyskutowane. Zespoły wzajemnie nie znały swoich ustaleń. Komisja dialogu społecznego ds. kultury zorganizowała spotkanie, i to z panem Prezydentem, by o tym rozmawiać ze wszystkimi i dostała zakaz upublicznienia dokumentu napisanego przez Fundację Pro Cultura.
W. P. – Ten dokument – mówimy o tym, co w istocie stanowiło wtedy (pół roku temu) zaledwie element diagnozy – oczywiście nie był tajny. Jego fragmenty znajdą się zapewne w biblioteczce programu, kiedy on w końcu praca nad nim zostanie zakończona. Chodziło o to, że ten dokument – przynajmniej na etapie, na którym trafił on do mnie – był raczej luźnym zbiorem materiałów. W moim przekonaniu był kompletnie niespójny ze "Strategią społeczną". Nie był programowym dokumentem. Stąd moja wtedy dosyć zdecydowana reakcja. Sądziłem, zresztą błędnie, choć po uważnej lekturze, że w ciągu kilkunastu tygodni sensownej pracy koncepcyjno-redakcyjnej da się z tego zrobić porządny dokument programowy. Okazało się to niemożliwe. Choć jest tam wiele materiałów bardzo cennych…
To czego zabrakło?
Podam przykład: kiedy tworzyliśmy społeczną strategię czy programy o charakterze operacyjnym, to zaczynaliśmy od dosyć precyzyjnego określenia celu, co w przypadku takich dokumentów jest tak naprawdę określeniem struktury dokumentu, obszarów, które powinien objąć. Tego w moim przekonaniu zabrakło w pierwszej fazie prac. Obecnie prace ciągną się tak długo, gdyż ścierają się poglądy na temat tego, co jest mniej, a co bardziej istotne.
Szczęśliwie jesteśmy już na etapie prac redakcyjnych. Kończymy. Po tak długim czasie chcemy pokazać, coś, czego nie będziemy się wstydzić. To są pionierskie dokumenty, łatwo popełnić błąd. Bywa, że wydaje się, że to już jest ten właściwy kształt, a nagle „odkrywa” się różne „kwiatki”, których nikt wcześniej nie wyłapał.
Konsultacje służą do tego, by te kwiatki wyłapać…
Czy możemy liczyć na to, że program rozwoju kultury będzie zanim stanie na Radzie Warszawy, będzie upubliczniony?
W. P. – Oczywiście.
A czy będzie tak samo jak z programem współpracy, że będzie czas, tydzień czy dwa, na zbieranie uwag?
W. P. – Ponad wszelką wątpliwość czasu będzie więcej. Na pewno nie będziemy wprowadzać tego dokumentu na Radę Warszawy przed wakacjami. Opublikujemy go w internecie, pokażemy wszystkim zainteresowanym.
A wracając do ESK, dlaczego tak wychodzi z Europejską Stolicą Kultury?
W. P. – Jak?
Tak trudno się porozumieć i właściwie wśród organizacji ciągle generuje to jakieś konflikty i problemy.
W. P. – Nie potrafię tego zdiagnozować do końca. Mam nadzieję, że to się zmieni, kiedy już będziemy mieli ten program rozwoju kultury, tę strategię kultury. W moim przekonaniu istotą ESK nie jest tak naprawdę sama walka o ten tytuł, tylko to, co będzie elementem długofalowej polityki miasta, a jednocześnie pomoże miastu w staraniach o to miano. Za parę miesięcy sprawa się definitywnie rozstrzygnie, będziemy wiedzieli, czy jesteśmy na tzw. krótkiej liście kandydatów. Choć chciałbym, byśmy się tam znaleźli, to jednak, gdyby się nie udało, kierunki istotne dla wizerunku Warszawy będą kontynuowane. Bo tu nie chodzi o jakieś fajerwerki. Ewa Czeszejko-Sochacka ma rację mówiąc, że w ESK chodzi o to, by inspirować działania, które pojawią się w przestrzeni publicznej, a np. ciężar ich finansowania przejdzie na kogoś innego, tak jak stało się z Orange. To znakomicie, że będzie go finansował ktoś inny, zwłaszcza w sytuacji (wyraźnie widocznej po analizie finansowej minionych pięciu miesięcy) „załamania się” przychodów miasta. Mamy mniej. To są kwoty wyrażające się w setkach milionów złotych. Jak nałożymy na to wydarzenia kompletnie od nas niezależne typu zima, powódź, to są kolejne miliony. I nie da się dyskutować z tym, że jak jest śnieg, to trzeba odśnieżać. Natomiast co do wydarzeń takich jak festiwale nigdy nie będzie zgody, bo co podoba się jednym, nie podoba się drugim….
Ale my nie odnosimy się do programu festiwalu, tylko do samego pomysłu. Podyskutowałabym, czy festiwalem Warszawa powinna się ścigać, jeśli w Polsce jest tak dużo bardzo dobrych muzycznych festiwali. Brakuje mi otwartej debaty nad tym, co ma być koniem pociągowym.
W. P. – Dla mnie takim koniem pociągowym powinien być tak naprawdę dobry program, strategia kulturalna po prostu.
Tak, tu się zgadzamy.
W. P. – Ponieważ tak długo jej nie było, więc się pojawiło takie – jak mawiał poeta – macanie, gdzie miękcej w rzeczy. Pojawiła się więc myśl, by zrobić takiego warszawskiego – proszę tego nie traktować dosłownie – Openera…
Takie dokładnie sformułowania 2 lata temu padło na pierwszych spotkaniach panią Pełnomocnik ds. ESK, Ewą Czeszejko-Sochacką. Od razu mówiono, że to się nie uda.
W. P. – Tego nawet nie wiedziałem. Ja nie chciałbym swoimi gustami zabierać praw do istnienia innych gustów. I choć mam dystans wobec imprez masowych, to uważam, że ludzie są różni i trzeba tak próbować organizować ten świat, by różni ludzie mogli się w nim odnaleźć…
Zgoda, ale to chyba nie jest kwestia gustu tylko kwestia realności zamiarów, bo to po prostu jest tak, jakby portal ngo.pl chciał się ścigać z Onetem, co jest nierealne. Trudno jest też zrozumieć, dlaczego aplikację do Komisji Europejskiej na ESK pisze ten podmiot, spod którego pióra wyszedł nienadający się do upublicznienia, zdaniem miasta, program kultury.
W. P. – Ale co tu jest do rozumienia? Pisze, bo wygrał przetarg. Zgłoszeń do przetargu było bardzo niewiele. Zrobienie tej aplikacji wymaga bardzo specyficznych umiejętności i Pro Cultura ma takich ludzi, którzy nimi dysponują. To naprawdę nie jest 10 czy 15 stron – jak się pisze w mediach. To będą setki, jeśli nie tysiące stron, różnych analiz, diagnoz. Przyznam, że miałem taki pomysł, żeby to sami urzędnicy napisali tę aplikację, ale zapoznałem się ze szczegółami, zasięgnąłem języka i skutecznie ten pomysł wybito mi z głowy.
Wróćmy do pozarządówki: od ponad dwóch lat widać wyraźną tendencję wzmacniania sektora pozarządowego w dziedzinie kultury. I nie chodzi tylko o większe pieniądze przeznaczane na dotacje. Mam na myśli Weterynarię na Grochowskiej, którą miasto kupiło, z przeznaczeniem także na działania pozarządowe; o InfoQulturze; o Teatrze Ochoty. Świetne pomysły, konkretne, systemowe… I co z nimi?
W. P. – InfoQulturę wyłączmy, to jest problem, który będzie do rozwiązania w kolejnej kadencji. Ogłaszamy teraz konkurs na projekt zagospodarowania całej przestrzeni dawnej Weterynarii, uwzględniając fakt, że jest tam gospodarz, Sinfonia Varsovia. Nie wyklucza to otwarcia tej przestrzeni na inne podmioty. Co do Teatru Ochoty: wiecie, że sprawa jest w sądzie, co zahamowało i utrudniło procedowanie. „Miasto chciało dobrze” (uśmiech). Pomysł był zaakceptowany przez pozarządowe środowisko… Było jasno określone, jaki to ma być teatr, czego należy oczekiwać od organizacji, która weźmie go w arendę. Jednak gdy wprowadza się zmiany, gdy coś się narusza, zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony…
Boję się, że przypadek Teatru Ochoty zamyka tę reformatorską drogę… Czy miasto nie zrezygnuje z tego kierunku?
W. P. – Nie. Ale nauczeni doświadczeniem Ochoty będziemy się zastanawiać, jak to zrobić by nie doprowadzić do tego typu komplikacji. Przykład Starej Prochowni pokazuje, że niczego się nie boimy.
Bo przecież nie chodzi tylko o teatry, to mogłyby być domy kultury przekazywane w zarządzanie organizacji pozarządowej…
W. P. – Nie budujemy teraz „klasycznych” domów kultury. Remontujemy. Wyciągamy wnioski.
A tak na koniec: dobrze pan Prezydent ocenia pozarządówkę? Dobrze się z nami pracuje?
W. P. – Wielokrotnie podkreślałem, że moje korzenie są w Harcerstwie. Zresztą sporo obecnych urzędników zaczynało pracę w organizacjach. Jestem naprawdę bardzo dobrego zdania o organizacjach jako o partnerach, jednakowoż pod jednym warunkiem…, by nie miały one takiego poczucia, że przez fakt bycia organizacjami, czyli instytucjami obywatelskiej wspólnoty, mają zawsze rację, bo to tak nie jest…
Oczywiście, że nie.
W. P. – Myślę, że współpraca różnych biur tzw. pionu społecznego z organizacjami pozarządowymi bardzo wyraźnie wskazuje na to, że to nie są czcze słowa. Zakres współpracy na przestrzeni ostatnich trzech, czterech lat zwiększył się kilkakrotnie – przynajmniej. Myślę, że to jest tendencja stała, to znaczy tak po prostu będzie.
O to nam chodzi, o stałą tendencję.
źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!