Najpierw było Polskie Stowarzyszenie Przyjaciół Tybetu, teraz – Program Tybetański Fundacji Inna Przestrzeń. Skąd ta zmiana?
Piotr Cykowski – Stowarzyszenie działało od 1991 roku jako pierwsza organizacja na rzecz Tybetu w Polsce, miało swój dorobek, jednak po latach wyczerpała się pewna formuła. Fundacja, w ramach której kontynuowana jest ta sama idea, jest po prostu skuteczniejsza dla realizacji projektów, a paradoksalnie – także w budowaniu szerokiego ruchu na rzecz Tybetu. Chcieliśmy wyjść poza formułę „dyskusyjnego klubu przyjaciół”. Fundacja Inna Przestrzeń działa na bardzo wielu polach, dzięki czemu udało nam się włączyć szerokie grono osób do myślenia i działania na rzecz Tybetu.
Jakie są Wasze główne cele?
P.C.: – Budowanie społecznego poparcia dla spraw Tybetu. Mamy na tym polu pewne sukcesy, dochodzi więc do tego budowanie poparcia politycznego. Z tym jest znacznie trudniej. Wciąż się tego uczymy. Przede wszystkim informujemy polityków o tym, że polska opinia publiczna, aktywiści, liczne organizacje pozarządowe żywo interesują się sytuacją Tybetu. To zainteresowanie i konkretne działania, jakich się podejmujemy, powinny mieć również odzwierciedlenie w polityce. Nie reprezentujemy tu własnych interesów. Jesteśmy raczej kanałem komunikacyjnym.
Jak Wasze działania są odbierane?
P.C.: – Skala aktywności w Polsce, demonstracji, gestów solidarności i innych działań na rzecz wolnego Tybetu pokazuje, że ten temat jest żywy i ważny dla Polaków, chociażby w kontekście naszej własnej historii. Z badań przeprowadzonych w 2008 roku wynika, że ponad 60% Polaków orientuje się w obecnej sytuacji Tybetu i uważa, że politycy powinni się zająć tym problemem. Pamiętajmy, że ze względu na rosnącą potęgę Chin, jest to temat trudny. Nancy Pelosi, Przewodnicząca Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych powiedziała, że jeśli nie będziemy w stanie pomóc Tybetowi, Zachód straci moralną legitymację do tego, by wypowiadać się w różnych innych konfliktowych miejscach. Z jednej strony mamy jasną sytuację Tybetańczyków, którzy wyrzekają się stosowania przemocy w walce o należne im prawa, z drugiej – wschodzące mocarstwo, które chce być szanowane, a samo łamie podstawowe zasady. Uważamy, że fakt niestosowania przemocy, odwoływania się do uniwersalnych prawd przez Tybetańczyków: sprawiedliwości, pokoju, praw człowieka, powinno generować poparcie polityków. Ci niestety często chowają głowy w piasek. Właśnie dlatego robimy wszystko, żeby do nich docierać. Sukcesem jest to, że wciąż zgłaszają się nowe osoby, dla których temat Tybetu jest sprawą istotną.
Czy pomagacie Tybetańczykom poprzez bezpośrednią pomoc np. finansową?
P.C.: – Są organizacje charytatywne, które to robią, ale my skupiamy się na innych formach wsparcia. W tak trudnej sytuacji, jaka panuje w Tybecie wszelką działalność, która może być uznawana za polityczną, trzeba ściśle oddzielać od wsparcia bezpośredniego. Promujemy działalność takich organizacji np. w publikacjach, ale one wiedzą lepiej, jak pomóc na miejscu. Wierzymy, że te dwa rodzaje działań wzajemnie się uzupełniają; my myślimy długofalowo – jak zmienić przyczyny tego, że Tybetańczycy są we własnym kraju dyskryminowani i prześladowani.
Na czym polegają te bardziej oddolne działania?
P.C.: – Naszą dewizą jest hasło, że każdy może zrobić coś dla Tybetu. Organizujemy szkolenia dla ludzi, którzy chcą się angażować – chcemy, by mogli się poznać, wymienić doświadczeniami, zainspirować, by mogli skuteczniej działać. Przykładem tego mogą być ogólnopolskie akcje – takie jak przed Igrzyskami w Pekinie, czy w rocznicę tybetańskiego powstania.
Wspólnie z innymi doświadczonymi aktywistami wydaliśmy podręcznik, pokazujący jak działać na rzecz Tybetu, który może być także wykorzystywany w bardzo różnych innych rodzajach działań. Napisany został na podstawie konkretnych akcji i wydarzeń w Polsce i stanowi źródło pomysłów na różnego rodzaju kampanie – od malowania wielkiej tybetańskiej flagi na głównym placu w Lublinie, przez zorganizowanie rajdu motolotni z flagami tybetańskimi, po spotkania w szkołach, warsztaty, wystawy. Ludzie mają masę pomysłów i wiele z nich nie wymaga wielkich środków, mogą być realizowane przez grupy znajomych. Te pomysły są jak nasionka, które warto podlewać. Tybet jest trudną politycznie kwestią, trudno na takie działania zdobyć dotacje, czy inne wsparcie, musimy więc polegać na ludziach, którzy są przekonani do sprawy.
Czy zaangażowanie w sprawy tybetańskie świadczy o coraz chętniejszym wychodzeniu Polaków poza własne podwórko?
P.C.: – Wiele osób angażuje się ze względu na zainteresowania kulturą, religią – bogactwem tradycji Tybetu. Z doświadczenia wiem, że nawet do najbardziej nieprzekonanych trafiają argumenty w postaci historii więźniów politycznych, tortur, morderstw popełnianych przez władze. Trudniej jednak tłumaczyć skomplikowane kwestie dyskryminacji społecznej i ekonomicznej Tybetańczyków. Chińska propaganda jest bardzo skuteczna. Polskie media na szczęście nie dają sobie mydlić oczu, dzięki nim także kwestia ta jest wciąż żywa i budzi zainteresowanie.
Są chwile, gdy „medialna atrakcyjność” Tybetu wzrasta, np. igrzyska czy wizyta Dalajlamy. Co robicie, by ten temat cały czas był żywy, by problem wolności Tybetu był problemem palącym?
P.C.: – To prawda. Przykładem może być ogromne zainteresowanie dziennikarzy przy okazji Igrzysk w Pekinie i to, jak gwałtownie zmalało po ich zakończeniu. To była też olbrzymia mobilizacja obrońców praw człowieka na całym świecie. Jednak wspólnie z międzynarodowym ruchem na rzecz Tybetu przez dwa lata pracowaliśmy nad strategią „po Olimpiadzie”, aby wiedzieć, jakie mają być nasze dalsze cele. Miałem okazję pracować w zespole przygotowującym tę strategię, uwzględnia ona także drastyczny spadek zainteresowania międzynarodowej opinii, dlatego ustanowiliśmy cele długofalowe – takie jak dotarcie do polityków, chińskich elit czy też rozpoczęcie dialogu ze „zwykłymi” Chińczykami na temat Tybetu.
Generalnie kwestia Tybetu jest o tyle trudna, że informacje, które stamtąd otrzymujemy, docierają do nas ze znacznym opóźnieniem. Przekazywanie ich za granice Tybetu jest nielegalne, ludzie idą za to do więzienia. Informacje o wyrokach czy aresztowaniach sprzed miesiąca nie stanowią dla mediów „newsa”. Z oczywistych względów często nie mamy zdjęć czy nie możemy ujawnić szczegółowych danych poszczególnych osób. Myślę jednak, że jesteśmy w Polsce w wyjątkowej sytuacji, nasze media „wiedzą, o co chodzi” – nie czerpią bezkrytycznie z chińskiej propagandy. Rolą organizacji takich jak nasza jest być na bieżąco, dostarczać informacje na temat naruszeń praw człowieka w Tybecie. Robimy to za pośrednictwem naszej strony internetowej www.ratujtybet.org. Bazujemy więc na sympatii ludzi dla sprawy i na pokazywaniu istotności kwestii tybetańskiej w szerokiej perspektywie.
Jak wyglądają Wasze kontakty z uchodźcami tybetańskimi w Polsce?
P.C.: – Marzy mi się, aby Tybetańczyk został liderem ruchu na rzecz Tybetu w Polsce! Trzeba pamiętać, że garstka Tybetańczyków w Polsce na co dzień boryka się z bardzo wieloma problemami, starają się prowadzić normalne życie, znaleźć pracę, założyć rodzinę. Mają dość ograniczone możliwości działania, chociażby ze względu na barierę językową.
Nie wyobrażamy sobie jednak naszych działań na rzecz Tybetu bez współpracy ze społecznością tybetańską. Od początku bardzo blisko współpracujemy i przyjaźnimy się. Mam nadzieję, że pokolenie Tybetańczyków urodzone w Polsce, podobnie jak to miało miejsce na Zachodzie, wkrótce weźmie sprawy Tybetu we własne ręce.
Nie tylko organizujecie szkolenia czy wychodzicie na ulice, ale piszecie też listy do władz.
P.C.: – Określam nas jako organizację społeczną. To oznacza, że nie działamy dla jakiegoś własnego partykularnego celu, ale staramy się angażować ludzi i odzwierciedlać ich oczekiwania. Chcemy być pośrednikiem – wiemy, że Polacy żywo interesują się Tybetem, chcemy więc, żeby wiedzieli o tym również politycy. Ślemy apele, stanowiska, zbieramy podpisy pod petycjami. Staramy się niejako odbierać rządzącym argument „,nic nie robimy, bo nic nie wiemy”. Całe szczęście minął już okres wicepremiera Leppera, sławiącego Chińską Republikę Ludową, ale wiemy, że nagłośnienie kwestii Tybetu i praw człowieka, wizyty Dalajlamy, pomysł na Rondo Wolnego Tybetu w Warszawie są niewygodne także dla obecnie rządzących. Ale to jest właśnie rola organizacji pozarządowych – bycie „psem łańcuchowym”, upominanie się o sprawy dla polityków niewygodne.
W jaki sposób?
P.C.: – Na forach międzynarodowych staramy się wspólnie opracować sposoby, w jakie politycy mogą – nie poprzez heroiczne gesty, ale w sposób długofalowy – wspierać sprawę Tybetu. Dążymy do tego, by nie bali się spotkań z Dalajlamą podczas jego podróży po świecie, aby kwestia Tybetu była obecna w rozmowach z przedstawicielami władz chińskich różnego szczebla. W Polsce staramy się docierać do parlamentu, rządu, do europosłów, chociażby po to, aby – kiedy spotkają się z problemem Tybetu – nie był im obcy. Nie mamy wielkiej siły rażenia, ale robimy wszystko, co na daną chwilę jest możliwe. Ważną zasadą naszego działania jest jawność stanowiska i działań m.in. poprzez publikowanie listów i odpowiedzi w Internecie.
Czy daje to wymierne efekty?
P.C.: – Na co dzień prowadzimy głównie niestety jednostronną komunikację. Oczywiście rozumiem, że nie wszyscy posłowie muszą się interesować kwestią Tybetu, czy szerzej prawami człowieka, ale informacja zwrotna jest i tak naszym zdaniem zbyt skąpa. Z naszych doświadczeń wynika, że możliwość spotkania się chociażby z warszawskimi posłami, radnymi czy kandydatami w wyborach europejskich jest dla przeciętnego obywatela prawie nieosiągalna. To zniechęca do podejmowania takich prób, a przecież w tym tkwi siła demokracji – ludzie powinni móc rozmawiać ze swoimi politykami, zadawać im pytania, oczekiwać z ich strony stanowiska. Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w ramach społecznego monitoringu, staraliśmy się dotrzeć do większości kandydatów. Już samo znalezienie kontaktów do nich – przy zaangażowaniu sporej grupy wolontariuszy – było nie lada wyzwaniem. Odzew również nie był spektakularny. Jak zatem obywatele mają poznać opinię ludzi, na których głosują? Ale mimo to warto podkreślić, że w każdej opcji politycznej znalazły się osoby, deklarujące poparcie dla Tybetu. Warto próbować wydeptywać takie ścieżki. Kropla drąży skałę…
Jak mogą kontaktować się z Wami chętni do czynnego angażowania się w działania na rzecz Tybetu?
P.C.: – Jesteśmy małą organizacją, więc głównie zachęcamy do kontaktu internetowego. Po to między innymi działa nasza strona (www.ratujTybet.org) i związane z nią forum oraz profil na Facebooku. Można tam znaleźć aktualne doniesienia z Tybetu, umieszczamy też informacje o tym, co konkretnego można w danej chwili zrobić. Może to być podpisanie apelu internetowego, wzięcie udziału w spotkaniu, pisanie listów. Zachęcamy też do kontaktu wszystkich, którzy mają pomysł na konkretne działanie, np. w swoim mieście.
A co z Twoimi prywatnymi motywacjami? Banalnie jest pytać „dlaczego to robisz”?
P.C.: – Inspiracje ludzi działających na rzecz Tybetu są bardzo różne – począwszy od kwestii religii, kultury, polityki, praw człowieka. Mnie inspirują i poruszają historie Tybetańczyków, współczesnych bohaterów, często nieznanych, którzy toczą prywatną walkę o zachowanie uniwersalnych wartości, takich jak wolności i godności. Trzeba pamiętać, że więźniami politycznymi w Tybecie są ludzie zajmujący się ekologią, sprawami HIV-AIDS, obrońcy praw człowieka, trafiający za kraty dlatego, że się organizują, że chcą coś robić dla lokalnej społeczności. Każda taka oddolna działalność jest postrzegana w Tybecie przez pryzmat polityki. Oni, mimo bezpośredniego zagrożenia, nie rezygnują z działania. Dowiadujemy się o nich, kiedy trafiają do więzienia. Niezwykła jest ich siła i poczucie nadziei, nieustające mimo kilkudziesięcioletniej okupacji.
My, działając pod bardzo ogólnym hasłem „Wolnego Tybetu”, w efekcie wspieramy działania takich właśnie konkretnych osób. Być może nigdy się nie spotkamy, ale często myślę o nich – jak o zwykłych ludziach – jak ja lub Ty, którzy mieli nieszczęście urodzić się w kraju okupowanym, bez podstawowych wolności, poczucia bezpieczeństwa.
Najbardziej wzruszające są momenty spotkania z osobą, o której zwolnienie z więzienia się apelowało, pisało listy, organizowało demonstrację. Nieliczne, ale dające głębokie poczucie sensu działania. Ci ludzie często nie byli świadomi, że świat o nich wiedział, że ktoś walczył o ich uwolnienie. To tworzy niezwykłą więź.
Masz tam swoje ważne przyjaźnie?
P.C.: – Podczas podróży po Indiach spotkałem weteranów walki o wolny Tybet, a jednocześnie osoby niezwykle inspirujące, bardzo otwarte na innych. Należą do nich np. tybetański poeta Tenzin Tsundue, lider walki o niepodległość Tybetu, człowiek-instytucja, poeta, wiecznie w ruchu, bez stałego adresu zamieszkania. Wraz z grupą przyjaciół, rok temu, udało nam się zaprosić go do Polski, zorganizować spotkania z mediami, wreszcie wydać w tłumaczeniu tomik poezji „Kora”.
Tsundue jest aktywistą i to dla mnie podstawowa nić porozumienia. Zasłyną tym, że pragnąc zobaczyć ojczyznę, nielegalnie powędrował do Tybetu, był w chińskim więzieniu. Później, ryzykując życiem, przypominał chińskim oficjelom o Tybecie. Kiedyś miałem okazję słuchać, gdy czytał swoją poezję, pisaną bardzo prostym językiem, pokazującą, czym jest życie Tybetańczyka – osoby bez ojczyzny. To zbliżenie się na poziomie poezji, na poziomie wyobrażeń, poruszyło wszystkich zebranych nie mniej niż opowieści byłych mniszek torturowanych w chińskim więzieniu. Tybetańczycy są nomadami współczesnego świata, są zawieszeni w kilku przestrzeniach, żyjąc na uchodźctwie, np. w Indiach, nie mają pewności co do własnej przyszłości, własnego języka. Wielu z nich, urodzonych na uchodźstwie, nigdy nie widziało ani nie zobaczy Tybetu. Cel walki dla wielu młodych Tybetańczyków pozostaje w znacznym stopniu abstrakcyjny, a mimo wszystko jest w nich niezwykła siła do działania. To są niezwykle inspirujące spotkania.
Co wydarzy się w Polsce 10 marca?
W 70 miastach Polski odbędzie się inauguracja międzynarodowej kampanii „Tybetańscy Bohaterowie”. Szczegółowe informacje na temat wydarzeń w różnych miastach Polski systematycznie pojawiają się na stronie www.ratujTybet.org oraz na blogu: www.tybet10marca.blogspot.com, redagowanym przez aktywistów z całej Polski, dostępne są także na stronie www.ratujTybet.org.
Piotr Cykowski: rocznik ‘82, absolwent Ochrony Środowiska oraz podyplomowych studiów „Prawa i wolności człowieka”. Członek Zarządu i koordynator Programu Tybetańskiego w Fundacji Inna Przestrzeń, członek Międzynarodowego Zarządu (Steering Committee) International Tibet Support Network – międzynarodowej koalicji organizacji działających na rzecz Tybetu; wcześniej przez 5 lat w zarządzie Polskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Tybetu. Dumny z bycia członkiem organizacji takich jak Kampania Przeciw Homofobii oraz Global Development Research Group.