03.09.2010 10.28

Kilimandżaro to była pestka

Kto by pomyślał, że kobiety, które poznały się na kursach doskonalenia zawodowego, zdobędą najwyższą górę Afryki! O tym, jak można i warto zmienić swoje życie, opowiadają Ewa Zieleniecka-Kuczera i Marzena Zowczak, prezeska i wiceprezeska stowarzyszenia Kilimandżaro, które są przekonane, że kobiety muszą zacząć bardziej się nawzajem wspierać.

autor(ka): Marta Chowaniec
2010-03-08, 12.44

Jakie „wewnętrzne góry” trzeba było przejść, żeby pojawił się pomysł zdobycia Kilimandżaro?

Marzena Zowczak: – Dla naszej trzynastki, która zdobyła Kilimandżaro, każda „góra” jest czymś innym.
Czym była twoja?
M. Z.: – Traumatycznymi przejściami, kiedy mnie nie było, kiedy nie liczyły się moje uczucia i aspiracje. Cały czas była podważana moja wiara w siebie. Wyszłam za mąż, jak miałam osiemnaście lat. Zamieszkaliśmy na wsi. I tam skończyły się moje plany i marzenia, również te o wykształceniu. Mąż skończył studia, a na moje – jak mi uświadomiono – szkoda było czasu i pieniędzy. I tak na każdym kroku. To był chory związek. Byłam tylko taką osobą pomocniczą. Dla mnie pierwszym krokiem w nowym życiu było odzyskanie wiary w siebie.
Ewa Kuczera: – Byłam i jestem bardzo szczęśliwą i spełnioną matką trójki dzieci. W pewnym momencie zaczęłam myśleć, żeby zrobić coś tylko dla siebie, napełnić życiowe akumulatory. To nie jest egoizm, tylko prostu potrzeba odnalezienia siebie w swoim życiu. Chciałam się dalej rozwijać, zrobić prawo jazdy, założyć własną firmę, zrobić licencję trenerską. I to właśnie zrobiłam. Z dziewczynami, z którymi zdobyłam Kilimandżaro, spotkałyśmy na kursach dla osób rozpoczynających działalność gospodarczą. Po nich nie chciałyśmy się rozstać. Miałyśmy mnóstwo pozytywnej energii, którą gdzieś trzeba było ulokować.
M.Z.: – Zastanawiałyśmy się, co jest tak abstrakcyjnego i niewiarygodnego, co można jednak zrobić. Padł pomysł, że Kilimandżaro to byłoby „coś”.
Szalone wyzwanie.
E. K.: – Marzenia można realizować, wręcz trzeba realizować. Ważne, że byłyśmy razem i założyłyśmy stowarzyszenie. Pomyślałam, że jak wejdziemy na tę górę i ujrzymy wschód słońca, to zobaczymy, co możemy jeszcze w życiu i właściwie nie będzie już rzeczy niemożliwych do zdobycia.
M.Z.: – Pomyślałam, niemożliwe? Spróbujmy! Okazało się, że to kwestia czasu, żeby się udało. Krok po kroczku ciężką pracą do przodu. Ewa jest specjalistką od szalonych pomysłów. Ja siedziałam w tabelkach i zastanawiałam się, jak dużo trzeba zrobić.
Jak dużo trzeba zrobić?
M. Z.: – Na kursach dziewczyny miały takie zadanie: pójść np. do banku i poprosić o pracę. To było dla nich nieosiągalne. Mierzyły się z dylematem opowiedzenia innym czegoś o sobie, a już powiedzenie o sobie trzech pozytywnych zdań, było „górą” nie do zdobycia. To też trzeba było pokonać. W gronie kobiecym łatwiej się otworzyć i opowiedzieć o swoich słabościach. Kiedy w siebie uwierzyły i zaczęły się rozwijać, to była już połowa sukcesu. Później, dziewczyny, dla których kiedyś koszmarem było wejście do banku, szukały sponsorów naszej wyprawy. To wielka zmiana!
Baby na taką wyprawę!
M.Z.: – Dostawałyśmy posty o takiej właśnie treści. Wtedy śmiałyśmy się do rozpuku. Byłyśmy tak zdeterminowane, że się tym nie przejmowałyśmy. Szkoda energii, żeby zajmować się czyimiś opiniami. Nie były dla nas ważne.
A mąż i dzieci nie mówili, że porywacie się z motyką na słońce?
M.Z.: – Moja mama się popłakała.
E.K.: – Słyszałyśmy: nikt was nie zna, dlaczego miałybyście tam iść, przecież nie jesteście przygotowane, a wiesz, ile to kosztuje, czy ty w ogóle wiesz, w co się pakujesz.
Ale czy wy w ogóle wiedziałyście, w co się pakujecie?
M.Z.: – Bałyśmy się, ale wiedziałyśmy, że idziemy z tak fachową ekipą, że się dobrze nami zaopiekują. To, co się w górach w człowiekiem dzieje, jest niewytłumaczalne. Czasami niewiele trzeba, żeby zginąć. Poczucie zagrożenia życia towarzyszy przez większość czasu, zwłaszcza, gdy masz jakieś problemy zdrowotne.
E.K.: – Kompletnie nie wiedziałam, w co się pakowałyśmy. Jeśli boli głowa wieczorem, to znaczy, że jednak jest to choroba wysokościowa. Z taką wysokością się nie wygrywa za pomocą największego optymizmu. Miałam taki moment, że nie chciałam się przyznać, że coś ze mną jest nie tak. Zdarzyło mi się przysnąć dwa razy, ale budziłam się i szłam dalej. Nie cierpię brać lekarstw, a gdybym brała od początku zalecane środki na odwodnienie, czułabym się lepiej. Wyprawa trwała sześć dni. Na górę wchodzi się w nocy. Wydaje się, że to krótko, ale tam wydawało mi się, że to wieczność. Bardzo szybko się człowiek męczy, i organizm mówi nam: nie. Ostatnie 24 godziny jest nieporównywalne z niczym. W górach jest się bardzo samotnym, choć idzie się w grupie. Trzeba zapomnieć o intymności i komforcie. Wieczorem marzysz tylko o tym, żeby zjeść i pójść spać, a śpi się w puchowych kurtkach i puchowych śpiworach, bo temperatura w nocy wynosi mniej więcej – 17 stopni.
Czujecie teraz, że jesteście podziwiane?
 E.K: – Tak. Najbardziej jestem zadowolona, że moje dzieci są ze mnie dumne. Ludzie nas zaczepiali i gratulowali nam zdobycia tej góry.
M.Z. – Spełniłam swoje marzenie. W dzieciństwie przeczytałam „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Fascynowały mnie przygody Stasia i Nel. Marzyłam, żeby pojechać do Afryki tak jak oni. Jeszcze parę lat temu nawet nie pomyślałabym, że mi się to uda. A jednak udało się. Po tym wydarzeniu zaczęli o nas pisać, byłyśmy zapraszane do radia i telewizji, ale nie czułam tej popularności. Po pewnym czasie w jakimś biurze, ktoś zapytał, czy to pani jest tą Marzeną Zowczak, która Kilimandżaro zdobyła. I to mnie bardzo zdziwiło. Pewna koleżanka powiedziała mi, że dzięki temu, co ja zrobiłam, widzi, jakie jej życie jest miałkie i ona chce to zmienić, wreszcie pomyślała, że ma prawo do marzeń. Obudziła się i stwierdziła, dlaczego ja mam stale innym pomagać, a kto mi pomoże? Kiedy mi napisała, że jestem dla niej wielką inspiracją, pomyślałam sobie: matko! co za wielka odpowiedzialność!
E.K. – Na naszą pocztę od roku przychodzą maile od różnych kobiet, od prawniczek po gospodynie domowe. Piszą, że nas podziwiają, że jesteśmy dzielne, że są z nas dumne, że stałyśmy się dla nich inspiracją i od dzisiaj zmieniam swoje życie, bo widzę, że można. Po przeczytaniu kilku takich maili, czuję, że było naprawdę warto. Kobiety założyły oddział naszego stowarzyszenia w Krakowie, który też chce zdobyć Kilimandżaro a także prowadzić szkolenia dla kobiet. Mówią nam, że już czują, że ich życie już się zmienia. I my patrząc na nie widzimy siebie sprzed dwóch lat, tak działa magia Kilimandżaro!
Uważacie się za organizację feministyczną?
M.Z.: – Trzeba zdefiniować, co to jest feminizm. Jeśli jest to walczenie o kobiety, to jesteśmy organizacją feministyczną. Jeśli to jest walczenie z mężczyznami, to nie jesteśmy. Nasze założenie jest takie, że nie walczymy z „kimś” czy „czymś”, tylko o „kogoś” czy o „coś”. Brałyśmy oczywiście udział w Kongresie Kobiet i jesteśmy za tym, żeby zostały zmienione przepisy, które kobiety dyskryminują. Ale współpracujemy również z mężczyznami.
Myślałam na początku, że mi powiecie, że to Kilimandżaro to była pestka w porównaniu z tym, co musiałyście jako kobiety w swoim życiu pokonać.
M.Z.: – Tak, masz rację. My już pokonałyśmy całe łańcuchy górskie. Życiowo jesteśmy profesjonalnymi himalaistkami. W naszym stowarzyszeniu są kobiety, które miały naprawdę traumatyczne doświadczenia większości ludziom obce.
E.K. – Ale gdyby ich nie miały, pewnie nie udałoby się im zdobyć Kilimandżaro. Jestem o tym na 100 procent przekonana.
Co po Kilimandżaro?
M.Z. – Codzienność. Bez wielkich zrywów działać dalej. Prowadzić szkolenia. Pokazywać kobietom, że trzeba, można i warto walczyć o siebie. I nie przestawać marzyć. Wyznaczać sobie kolejne cele.
E.K. : – Po Kilimandżaro każda z nas przeżywała spadek emocji. Po powrocie zastałyśmy szarą polską jesień i źle się czułyśmy. Teraz wiemy już, co dalej. Rozwijamy stowarzyszenie, szukamy dla nas lokalu, piszemy projekty. Mamy w planie rozwój pracowni komputerowej. Widzimy, że kobiety powyżej czterdziestki mają małe umiejętności komputerowe, które dyskryminują je na rynku pracy, ale też w rodzinie. To jest źródłem wielu ich kompleksów. Myślą, że są gorsze, bo nie mają własnej poczty i nie wiedzą, co to jest skype. Mają mężów, którzy postanawiają im to wytłumaczyć. Mówią im, żeby się najpierw zalogowały, a one mają łzy w oczach, bo nie wiedzą, co to znaczy. Po naszych szkoleniach przychodzą i chwalą się, że rozmawiają z wnukami na skypie. Są bardziej pewne siebie, dowartościowane. Jest takie powiedzenie, że kobiety siedzą w domu. Siedzenie to bezruch. A przecież tyle energii pochłaniają prace domowe i wychowywanie dzieci!
Jesteście z siebie dumne?
E.K.: – Dumnie, nie? Raczej czujemy radość, że to wszystko przeżyłyśmy. Jestem przekonana, że kobiety muszą zacząć bardziej się nawzajem wspierać i sobie pomagać. Trzeba rozejrzeć się i czasem komuś powiedzieć: „Zrób coś dla tej wspaniałej osoby, którą jesteś, kobieto!”.

 

źródło: inf. własna ngo.pl
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Komentarze | dodaj komentarz
Nie ma żadnych komentarzy - dodaj komentarz
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.