Jak rozumieć hasło tegorocznej Manify: "Solidarne w kryzysie, solidarne w walce"?
Katarzyna Bratkowska: – Po pierwsze, jest to powrót do korzeni walki emancypacyjnej, feministycznej kobiet, która zaczęła się od walki o prawa pracownicze. Po drugie, środowiska, grupy zawodowe czy inne grupy, które mają problemy, mogą się połączyć we wspólnej walce. W Polsce solidarność międzyzwiązkowa jest bardzo słaba, tymczasem w Warszawie, na Manifie pojawią się przedstawiciele co najmniej kilku związków zawodowych. Okazuje się, że jednak istnieje płaszczyzna, na której możemy się spotkać i na której możemy być solidarni względem siebie. Dla mnie, jako dla osoby, która działa przy Manifach od samego początku jest to moment absolutnie przełomowy.
W tym roku Manifa odbędzie się po raz 11. Jak przez tę dekadę zmieniło się postrzeganie kobiet w społeczeństwie? Co polskie feministki osiągnęły przez ten czas?
K.B.: – Realnych zmian nie wywalczyłyśmy żadnych. Powiem coś, co uderza w nasz fundamentalny mit narodowy, o tym, że w końcu odzyskaliśmy wolność, mamy demokrację, kapitalizm i niewiele nam już brakuje do szczęścia. Mity są niebezpieczne. Prawda jest taka, że od tzw. odzyskania wolności w 1989 roku wszystkie protesty społeczne były absolutnie lekceważone przez władzę. Ostatnie protesty grup zawodowych, które przyniosły jakieś efekty miały miejsce przed tym rokiem. Po wprowadzeniu aborcji w Polsce kobiety zmobilizowały się i zebrały 1,5 mln podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w tej sprawie. Zebranie 1,5 mln podpisów przez grupę osób to naprawdę potworna praca i ta praca została wykonana. Co z tego wynikło? Nic. Wnioski wylądowały w koszu. Podobnie pielęgniarki, które przez kilka tygodni mieszkały pod kancelarią premiera i wywalczyły obietnice, które nie zostały zrealizowane. Wracając do Manify, udało się przebić do świadomości społecznej z paroma rzeczami. Udało się nawet przebić z nimi do mizernej świadomości polityków. Zdarza się, że słyszę nawet dość konserwatywnych polityków, którzy powtarzają nasze postulaty z przed paru lat. Zmienił się z pewnością wizerunek samej Manify. Pierwsze dziennikarskie relacje z Manify były wciskane na sam koniec bloku informacyjnego. Pod koniec serwisu widzowie dowiedzieli się, że jeden pan w Opolu wyhodował największą truskawkę w Polsce, a dopiero potem pojawiła się informacja, że była jakaś manifestacja i że feministki wyszły, żeby zamanifestować swoją niechęć do mężczyzn. Jakieś dziwnie kobiety coś dziwnego chciały. W zeszłym roku czołowe media o nas mówiły. Mogłam zobaczyć, jak prezenterzy w telewizji odczytują nasze dziesięć postulatów. Nie było już takiego dystansu i prześmiewania.
Co to są umowy śmieciowe? Twierdzicie, że zawierają je z pracownikami firmy outsourcingowe.
K.B.: – Są to umowy cywilno-prawne, które powodują, że osoba w ten sposób zatrudniona nie ma żadnego sposobu na dochodzenie swoich praw przed sądem pracy i zupełnie pozbawiona jest ochrony socjalnej. Pozbawiona jest także prawa do urlopu, do wypłaty za nadgodziny, do urlopu chorobowego i tego wszystkiego, co powinna zawierać normalna umowa o pracę. Wyobraźmy sobie sytuację zakładu pracy, gdzie zatrudnionych jest 100 kobiet, które tam sprzątają. Uznajmy, że te kobiety za godzinę dostają 10 złotych brutto. Przychodzi wtedy firma outsourcingowa i mówi do pracodawcy: dostarczymy wam taką samą pracę za 70% tego, co płaciliście dotychczas. Pracodawca się zgadza i zwalnia 100 kobiet. Firma outsourcingowa podpisuje umowy z 50 z tych 100 kobiet, które mają do wykonania podwójną pracę. Z 7 złotych, które uzgodnił ich nowy pracodawca one dostają 5, albo 6, bo resztę zabiera firma, która jest pośrednikiem. Jaki miały wybór? Wylądować na bezrobociu, czy pracować podwójnie i to bez żadnych zabezpieczeń, składek emerytalnych czy ubezpieczenia zdrowotnego i to za mniejsze pieniądze.
Żądacie dekryminalizacji strajków. W jaki sposób w Polsce prześladuje się strajkujących?
K.B.: – W Polsce sąd może orzec, czy strajk był legalny czy nielegalny. Za nielegalny strajk można zostać zwolnioną z pracy, co jest chyba najsilniejszą formą nacisku na strajkujących, bo jeżeli ktoś strajkuje to zazwyczaj znaczy, że nie bardzo ma za co żyć. Postulat pojawił się w związku z ochroną zdrowia, ale my żądamy dekryminalizacji strajków w ogóle. Przy przeprowadzonych na takich samych zasadach strajkach lekarzy i pielęgniarek, strajk lekarzy został uznany za legalny, a pielęgniarek za nielegalny. Co więcej, pielęgniarki zostały obciążone kosztami, mają zapłacić karę grzywny. Takich przykładów jest więcej.
Czemu sieć państwowych przedszkoli miałaby być lepsza od prywatnych?
K.B.: – Sytuacja jest podobna do tej w służbie zdrowia. Możemy sobie mieć prywatne przedszkola czy szpitale, ale ile osób w Polsce stać na korzystanie z takich usług? To, o czym teraz mówię, to naprawdę nie są radykalne, lewicowe poglądy. Weszłam sobie na stronę GUS-u i zaczęłam liczyć, kto ile zarabia. Oszacowałam także, ile przeciętnie kosztuje czynsz, jedzenie, szkoła (nie mam tu na myśli szkoły prywatnej), podstawowe wyposażenie domu, czyli wszystko to, co człowiek musi wydać w ciągu miesiąca. Wychodzi na to, że jest to basen, z którego więcej wyciekło wody, niż się do niego nalało. Jakim cudem ci ludzie się utrzymują? Nie mam pojęcia. Część z nich z pewnością ląduje na bruku, część wygrzebuje sałatę w śmietniku u mnie pod blokiem. Widzę całą masę niedożywionych dzieci. Pracuję w szkole na Pradze. Wystarczy się przejść ulicą i zobaczyć, jak wyglądają 15-, 16-letnie dzieci. Potworna chudość dzieciaków na Pradze nie wynika tylko z mody. Kiedy patrzymy na dziewczyny, których bardziej nie ma, niż są, to często myślimy, że to moda na odchudzanie, czy wręcz anoreksja. Tak naprawdę jest to jednak niedożywienie. Sieć państwowych przedszkoli i żłobków nie tylko umożliwiłaby matkom podjęcie pracy i w związku z tym zabezpieczenie budżetu domowego, ale zabezpieczałaby też dzieci przed niedożywieniem. W takich przedszkolach dzieci mogłyby być dokarmiane. Jeżeli rodziny nie stać na wyżywienie dziecka, to jaka jest szansa, że będzie je stać na opłacenie prywatnego żłobka, czy przedszkola?
Wśród waszych postulatów można przeczytać: "Premier mówi, że kryzysu nie ma, pracodawcy weźcie to sobie do serca!". Czy to poważny argument w walce ze masowymi zwolnieniami w prywatnych przedsiębiorstwach?
K.B.: – Jest to oczywiście nasza, skądinąd uzasadniona, złośliwość. Jeżeli premier mówi, że kryzysu nie ma, to znaczy, że na poziomie uśrednionych wskaźników, jak PKB wszystko jest w porządku. To znaczy, że przedsiębiorstwa i pracodawcy radzą sobie dobrze. To znaczy, że nie było krachu i bogaci ludzie nie zaczęli się rzucać z okien, jak w czasach Wielkiego Kryzysu. Natomiast jeżeli pracodawcy nie rzucają się z okien, a premier twierdzi, że jesteśmy zieloną wyspą na czerwonej mapie Europy, to oznacza, że kryzys został wykorzystany przez pracodawców jako pretekst do przeprowadzania masowych zwolnień i oszczędności. Widziałam to na własne oczy. Mam kilka przyjaciółek, które samotnie wychowują dzieci. Zostały zwolnione, albo obniżono im pensję o 30%. Pracodawca następnego dnia przyjechał do firmy nowiutkim modelem drogiego samochodu. To samo było w UMCS (Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie). Stać ich na dodatki, wynagrodzenie, na oddawanie firmom za półdarmo gigantycznych powierzchni. Nie stać ich jednak rzekomo na utrzymanie 400 pracowników obsługi technicznej.
Żądacie wprowadzenia prawa do mieszkania na wzór francuski. Na czym ten francuski system polega?
K.B.: – Jest to zaskarżalne prawo do mieszkania. W życie ma wejść w 2012 roku, a przegłosowane zostało w 2007. W myśl tego prawa, jeśli człowiek nie ma gdzie mieszkać, może dochodzić swoich praw przed sądem. Od samej ustawy ilość mieszkań nie przyrośnie, ale jeśli ludzie zaczną wygrywać procesy, będzie za tym musiała pójść zmiana polityki budowlanej. Żyję na Powiślu, na osiedlu, na którym do dziś stoją puste mieszkania w nowych, bardzo drogich budynkach wybudowanych za pieniądze z czynszów członków spółdzielni. Jednocześnie, na tym samym osiedlu ludzie grzebią w śmietnikach. Na poziomie państwowym nie ma żadnej polityki, która by zapewniła pomoc ludziom, którzy naprawdę nie mają gdzie mieszkać. Dochodzi do tego przedziwne przeświadczenie, że jak nie mają gdzie się podziać, jak są bezdomni, brudni i śmierdzą, to znaczy, że się nie postarali, czy przepili pieniądze i jakieś wspaniałe życiowe szanse. Tymczasem w 9 przypadkach na 10 na bruku lądują ludzie, którzy są ofiarami tego ustroju, a nie ofiarami własnego braku chęci. Być może część później popada w alkoholizm. Ja podejrzewam, że straciwszy pracę i dach nad głową też szybko zaczęłabym pić. Jak nie ma perspektyw, to trudno nie szukać pociechy w butelce. Która przy okazji oszukuje głód.
Chcecie prawnego przeciwdziałania przemocy ekonomicznej w rodzinie. Co to jest przemoc ekonomiczna?
K.B.: – Jest to sytuacja, kiedy ktoś jest od kogoś, w sposób niesprawiedliwy ekonomicznie uzależniony. W takiej sytuacji jest kobieta, która nie może zrobić zakupów żywnościowych dla siebie, czy dla dziecka, ponieważ mąż jej nie daje pieniędzy. Może to mieć bardzo poważny wymiar, kiedy żona i dzieci chodzą głodne, ale może też mieć taki, że żona odczuwa nieustający dyskomfort, bo ciągle musi o coś prosić swojego „pana”, który dysponuje środkami. Ma to też inny aspekt związany z tym, że ofiary przemocy fizycznej są często również ofiarami przemocy ekonomicznej i są ekonomicznie od sprawców przemocy uzależnione. Kobieta ma do wyboru nie mieć co jeść, nie mieć gdzie mieszkać i nie być bita, albo dostać od swojego męża te nędzne grosze i dach nad głową, ale za cenę przemocy. Decyzja kobiety o odseparowaniu się od sprawcy przemocy nie jest wyłącznie kwestią psychologiczną. Oczywiście to także, jest to problem i psychologiczny i obyczajowy, mówimy o tym od dawna. Jednak naprawdę bardzo często się zdarza, że kobieta chciałby uciec od tego, ale nie ma jak. Jak ma sobie poradzić dalej, jeśli nie ma domu, nie ma zabezpieczenia? Co ma ze sobą zrobić, szczególnie jeżeli ma dzieci? Co ma zrobić z dziećmi jeśli zachciałby podjąć pracę? Przecież nie ma przedszkoli…