10.09.2010 22.44

Co się dzieje podczas zespołów opiniujących projekty? (odcinek 3)

Kolejny wywiad opisujący pracę zespołów opiniujących oferty składane na miejskie konkursy dotacyjne. Swoje doświadczenia z dzielnic i konkursu miejskiego opisuje przedstawicielka organizacji pozarządowych w zespołach opiniujących.

autor(ka): oprac. ngo.pl
2010-03-08, 08.49

W ilu zespołach brałaś udział?
– W ubiegłym roku brałam udział w 3 zespołach opiniujących wnioski w dzielnicach i w jednym zespole dużego konkursu miejskiego. Doświadczenia są diametralnie różne. Do dzielnic przedstawicieli organizacji wskazywało Forum, w praktyce wykrystalizowała się grupa 6- 8 osób z warszawskich organizacji, doświadczonych w pisaniu, realizowaniu i rozliczaniu projektów dotacyjnych. Z perspektywy czasu nagle wydało mi się to bardzo cenne. W różnych dzielnicach ocenialiśmy wnioski, spotykaliśmy się i gadaliśmy o tym, co się dzieje, jakie są najczęstsze błędy itd. 

Konkursy dzielnicowe…?
– Konkursy dzielnicowe były słabe. Jedynym pozytywnym punktem był fakt, że obecni na posiedzeniach byli wszyscy: urzędnicy, radni i przedstawiciele NGOs. Urzędnicy byli zawsze najlepiej zorientowani w projektach i potrzebach dzielnicy, często mieli już własne typy: organizacje, które już współpracowały z dzielnicą, sprawdziły się. W trakcie posiedzeń zdarzało się, że „czarny koń” odpadał z przyczyn formalnych, wtedy z ust urzędnika padało zdanie – „To jakoś inaczej to kupimy, bo my to chcemy”. Najwięcej emocji wzbudzały projekty nowe, niemieszczące się w głównym nurcie tematów konkursowych. Trzeba było czasem namawiać i przekonywać po prostu do podjęcia ryzyka. „Bo organizacja nieznana, bo u nas zawsze koncerty i bajki dla dzieci, a tu warsztaty filmowe” –  itd. Takich projektów zresztą były dwa, cala reszta według schematu: jak edukacja, to bajka w przedszkolach, skrzypki w szkole podstawowej, a poezja lub „Zemsta” na 3 aktorów w gimnazjum, jak sezon plenerowy, to bębniarze i przegląd teatrzyków dla dzieci, jak rocznice, to wiadomo: jedna organizacja obskakuje Powstanie, Wyzwolenie i Solidarność – na tych samych trzech aktorów i te same kostiumy….
Jak oceniasz oferty organizacji?
– Generalnie oferty NGO- sów są bardzo słabe. Smutne to, bo spotykałam projekty znanych organizacji, które miały wszystkie cechy chałtur i wyciągania kasy. Składane do wielu dzielnic te same pomysły, na tych samych formularzach, często z niezmienionymi lokalizacjami. Wniosek składany na Bemowo przewidywał realizację w parku we Włochach itd. Co gorsza, często dochodziliśmy do wniosku, że taki przegląd teatrzyków dla dzieci taniej można kupić od komercyjnej agencji niż dofinansować na drodze konkursu.
Przyczyna takiej mizerii ma swoje źródło w tematach konkursowych. Dzielnice chcą tylko edukacji (ze wskazaniem na przedszkola i seniorów), pikników (a tu wybory, więc będzie się działo) i rocznic. Organizacje odpowiadają na zapotrzebowanie składają więc takie właśnie wnioski.
 
Jak odbierasz udział radnych?
– Radni na posiedzeniach dzielnicowych byli raczej umiarkowanie bierni. Odniosłam wrażenie, że bardzo ufają naczelnikom wydziałów, dopytywali ich o szczegóły i pytali o zdanie. Tylko jeden młody aktywny radny na wejściu oznajmił, że z kulturą to zawsze kłopot i on jest za tym, żeby całą kasę przerzucić na sport! Kiedy to się jednak nie udało, skutecznie forsował swój typ „kulturalny” – koncerty w kościele.
 
Źle wspominasz konkurs miejski...
– Tak, konkursy dzielnicowe, które obserwowałam, to pikuś – mało wniosków, mało pieniędzy, godzinka dyskusji i po sprawie. Zupełnie inaczej w konkursach Biura. Duże pieniądze, dużo chętnych. W zespole opiniującym na poziomie miejskim brałam udział raz i było to przeżycie niemal traumatyczne. Dwa dni poświęciłam na czytanie wniosków. Poczucie odpowiedzialności za niemałą kasę, brak jakichkolwiek narzędzi do oceny, punktację ułożyłam sobie sama i przez kilka dni myślałam tylko o projektach.
No i samo posiedzenie zespołu, to dopiero jazda… Po pierwsze, z przedstawicieli NGO-sów, (które przecież tak zażarcie walczą na spotkaniach komisji o wybór „swojego” przedstawiciela) byłam tylko ja. Po drugie, atmosfera na początku była wyjątkowo beztroska: panie plotkowały zażarcie o ciuchach, koleżankach, nikt nie wgłębiał się we wnioski. Pomyślałam: nie taką kasę rozdawały, mają doświadczenie, zero stresu. Zaczynamy. Okazuje się, że konkurs idzie zgodnie z nowym zarządzeniem („Jak to, dlaczego my o tym nie wiedziałyśmy!” – zakrzyknęły radne) i na dodatek wnioski oceniali eksperci (o czym radne także nie wiedziały). Zaczęło się więc od godzinnego ustalania procedur, wezwano na pomoc kolejnego dyrektora Biura. Nie wiadomo było, kto ma oceniać budżet, czy liczą się błędy w kosztorysie, jakie znaczenie ma niedoniesienie wymaganych dokumentów w terminie określonym jako „termin posiedzenie zespołu” itd., itd., itd. Humory zdecydowanie popsute.
Przebrnęliśmy z trudem przez etap ustalania zasad – choć moje wątpliwości formalne tylko się pogłębiły. Zaczynamy właściwą dyskusję, przedstawiciele Biura są przygotowani, lecz niestety radni nie znają ofert. Uczestniczą aktywnie w dyskusjach, są zaangażowani, a atmosfera jest jak na rzymskiej arenie. Nie wiesz, skąd padnie cios. Bo nagle jeden z członków zespołu wyjmuje ofertę, która nie przeszła formalnie, i zaczyna ją omawiać, już, już a byłaby głosowana. Uff, udało się to powstrzymać. Przy następnej rozgorzał konflikt, nie doniesiono na czas wymaganego dokumentu, powinna być omawiana, czy odrzucona? Idę drukować zarządzenia i ogłoszenie, żeby było czarno na białym, ale nikogo to nie interesuje. Szept teatralny: „On ma z nimi (projektodawcami) konflikt” – doprowadza do 10-minutowej dyskusji na temat tego, czy pan X może w ogóle uczestniczyć w tym posiedzeniu? „Pan ma konflikt, proszę pana”. Pan X odpuszcza, organizacja dostaje dofinansowanie. Idziemy dalej. Tempo zabójcze, każda osoba na sali ma swój typ. Delikatnie daje do zrozumienia, że jej zależy: ja im obiecałem, oni tacy fajni, Kaziu robi naprawdę dobre rzeczy…Widzę, że wszyscy zgodnie wtedy głosują. W kilku, naprawdę strasznych, projektach padam Reytanem. Urzędnicy owszem, przyjmują moją argumentację, ale pani radna w pewnym momencie zapisuje sobie moje nazwisko i pyta z jakiej jestem organizacji. Ożesz, myślę, na co mi to było.
16.00, w biegu kończymy, zostały pieniądze, a trzeba wydać co do złotówki, więc szybka przebieżka po ofertach: komu dodać? Nie ma dyskusji, dodajemy do i tak największego projektu, wszyscy chcą do domu.
Z kacem moralnym wychodzę i myślę, jak ja to kurcze podpiszę? Obawa niepotrzebna. Nikt mnie o podpisanie protokołu nigdy nie poprosił.

 

źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Komentarze | dodaj komentarz
Nie ma żadnych komentarzy - dodaj komentarz
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.