03.09.2010 10.13

Jednego się bałam – wszawicy

Bezdomni pacjenci do gabinetu wchodzą z całym swoim dobytkiem. Śmierdzą. Mają wszawicę. Ona zakłada rękawiczki, nosi ze sobą wodę kolońską oraz wierzy w sens tego, co robi i nie ma zamiaru rezygnować. O swojej społecznej pracy w Stowarzyszeniu „Lekarze Nadziei” opowiada dr Monika Madalińska, pulmonolog.

autor(ka): Marta Chowaniec
2009-12-18, 13.15

Bezdomni pacjenci do gabinetu wchodzą z całym swoim dobytkiem. Śmierdzą. Mają wszawicę. Ona zakłada rękawiczki, nosi ze sobą wodę kolońską oraz wierzy w sens tego, co robi i nie ma zamiaru rezygnować. O swojej społecznej pracy w stowarzyszeniu „Lekarze Nadziei” opowiada dr Monika Madalińska, pulmonolog.

Gdzie po raz pierwszy usłyszała pani o Stowarzyszeniu „Lekarze Nadziei”?
Monika Madalińska: – Doktor Maria Sielicka-Gracka, która przewodniczy „Lekarzom Nadziei” w oddziale warszawskim, jest moją koleżanką jeszcze ze studiów. Opowiadała mi o swojej wolontaryjnej pracy. Sama wiele lat pracowałam w szpitalach i klinikach jako pulmonolog. Wykładałam też na uczelni, czyli naprawdę mam tytuł doktora (śmiech). Teraz jestem starszą panią na emeryturze. Byłam zdecydowana, że będę zajmować się pracą społeczną. To była moja idée fixe. Trzy lata temu, z końcem sierpnia, dr Gracka mnie zawiozła do przechodni przy ul. Wolskiej 172, a była tam wtedy doktor Maria Czarnecka. Zobaczyła mnie i powiedziała: „Proszę przyjąć tych pacjentów, bo ja jestem bardzo zajęta w tej chwili”. I tak już zostałam. Przychodzę tam co tydzień we wtorek o godzinie 13 i zostaję do ostatniego pacjenta.
Pamięta Pani pierwsze wrażenie?
M.M.: – Oj, bardzo smutne. Było mi bardzo żal tych ludzi. Jednego się bałam – wszawicy. Wielu z tych pacjentów jest zawszona. Jednak można to przeżyć, założyć rękawiczki, przyzwyczaić się. W przychodni jest wąska poczekalnia, a bezdomni wchodzili do gabinetu z całym swoim dobytkiem, bo bali się, że ktoś im to ukradnie. Nie pomogły tłumaczenia, że tak się nie stanie. Takie zachowanie na początku mi przeszkadzało. I jeszcze muszę się przyznać, że nosiłam ze sobą wodę kolońską, którą się spryskiwałam po wyjściu z przychodni, bo wszędzie czułam mało przyjemny zapach.
Teraz, kiedy wraca pani do domu, to już nie czuje pani, że wszędzie śmierdzi?
M.M.: – Już się przyzwyczaiłam. Na tym polega też specyfika pracy w przychodni „Lekarzy Nadziei”. Pracuję w fartuchu oczywiście. Można potem szybko się przebrać. Poza tym wracam samochodem, jest wentylacja, można okno otworzyć. Może zabrzmi to górnolotnie ale ja uznałam, że to moje posłannictwo, że powinnam tam być. Mam taką potrzebę serca, że chcę komuś pomóc.
Potrzebę serca?
M.M.: – Jestem wierząca i praktykująca, ale bez przesady (śmiech). Moją filozofią na życie jest katolicyzm. Wyrażam ją poprzez miłość do drugiego człowieka. Nie mogę powiedzieć o „takim strasznym” bezdomnym, że ja go kocham, ale moją formą miłości jest pomoc dla niego.
Lekarze Nadziei nazywani są współczesnymi Judymami? Czytała pani „Ludzi bezdomnych”?
M.M.: – To są zupełnie inne czasy (śmiech). Pracuję tam, jak wszyscy lekarze, za darmo. Nikt z nas nie oczekuje, że będziemy w jakiś sposób wynagradzani albo inaczej doceniani. Otwarcie można powiedzieć, że gdyby niedawno miasto nie chciało zamknąć naszej przychodni i gdyby nie szum medialny wokół tej sprawy, to mało kto by o nas słyszał. Na szczęście, przychodnia nie została zamknięta.
Skąd plany miasta co do zamknięcia przychodni?
M.M.: – Bo nie mamy kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia. Żeby móc pacjentów przyjmować w ramach funduszu, powinni być ubezpieczeni. To jest ważne, bo wtedy mogę wypisać receptę o odpowiednim procencie refundacji. Tymczasem to nie ta grupa ludzi. 90% z nich nie jest ubezpieczonych. Teraz jesteśmy na etapie wprowadzania projektu „Program wychodzenia z bezdomności”. Ten grant ułatwi nam leczenie. Bezdomni od nas dostają leki, bo nie mają pieniędzy na ich wykupienie. Często chorują na zapalenie płuc, na serce i nadciśnienie. Na kartce dostają rozpiskę, jakie leki i o jakiej porze mają przyjmować. Nie mamy dostępu do sprzętu, żeby zrobić badania i to utrudnia nam działanie. Pracują u nas dwie panie dermatolog, które mają bardzo dużo pacjentów. One mogą tylko odkazić ranę, posmarować maścią, ale wiele chorób skóry wynika z tego, że bezdomni po prostu nie mają gdzie się umyć.
No, właśnie, czy to nie jest taka walka z wiatrakami...
M.M.: – Przychodzi do nas człowiek i nie możemy mu odmówić pomocy. Choroby układu oddechowego wynikają często z tego, że bezdomny śpi, gdzie popadnie. Kiedyś przyszedł do nas pacjent, który „pachniał” jak wędzarnia. Pytamy go, skąd ten zapach, a on odpowiada, że mieszka na działce, gdzie pali się jakiś komin; dymi się, ale przynajmniej jest ciepło. W ciągu zeszłego roku mieliśmy 9 tys. przyjęć. Wszyscy chorzy mają historię swojej choroby. Teraz są otwarte noclegownie. Czasem piszę taką karteczkę: „Proszę o pozostawienie pacjenta na trzy dni w schronisku, żeby mógł spokojnie się wyleczyć”.
Proszę opowiedzieć o swoich pacjentach.
M.M.: – Są to w większości mężczyźni. Często żony wyrzucają ich za bicie i picie. Jest zasada, jeśli ktoś jest pijany, to nie możemy udzielić mu pomocy, chyba że chodzi o zagrożenie życia. Często o sobie opowiadają. Często też sama pytam, czy mają gdzie wrócić. Próbujemy namówić ich na detoksykację, a potem leczenie odwykowe. Znam swojego dawnego pacjenta, który wyszedł z bezdomności. Powiedział mi, że dostał jakąś izdebkę, w której da się mieszkać i ma telewizję i talerz anteny satelitarnej, wrócił do normalnego świata, oby na zawsze. Jest bardzo kulturalny i odegrał nawet poważną rolę w mojej działalności w stowarzyszeniu.
Jaką?
M.M.: – Przez rok opiekowałam się parą bezdomnych. Przychodzili do mnie jako lekarza zawsze we dwoje prawie co tydzień. Ona była wdową z Łodzi. Czasem kupowałam dla nich wędlinę w sklepie do drodze. Pewnego razu do mnie przyszli i zapytali, czy nie zostałabym ich świadkiem ślubnym. Potrzebny był drugi świadek i został nim właśnie ten pan, co wyszedł z bezdomności. Ślub odbył się w Urzędzie Dzielnicy Wola. Wśród znajomych zebraliśmy dla nich ubrania. Zamieszkali w jakiejś chatce blisko Powązek. Pomyślałam, że nie ma żadnego wesela, a naprzeciwko tego urzędu znajduje się mały barek arabski. Obsługiwała młoda dziewczyna, której powiedziałam: Mam 50 zł, za które proszę obsłużyć tych państwa. Myślę, że ci ludzie nie byli dawno tak najedzeni. Po jakimś czasie straciłam z nimi kontakt. Dla bezpieczeństwa żadnemu pacjentowi nie podaję swojego numeru telefonu. To była jedna z weselszych historii.
Proszę o smutniejszą.
M.M.: – Mam takiego pacjenta, który ma bardzo poważną zatorowość płucną. Był wielokrotnie leczony. Stale go prosimy, żeby zamieszkał w schronisku, a on nam powtarza, że chce być wolny i że zamieszka, jak trochę „dozbiera”. Nawet nie wiem, czy jeszcze żyje.
Jak reagują koledzy na pani pracę wolontariacką?
M.M.: – Budzi zdziwienie. Pytają: I ty to wytrzymujesz, jak możesz dotykać takich ludzi? Odpowiadam, że robię to z własnej woli. Niestety, wśród lekarzy nie jest to popularne, ale osoby spoza tej branży reagują bardzo pozytywnie i czuję wsparcie. Mam wielką satysfakcję, że mogę komuś pomóc. Kiedyś pod supermarketem mijałam przypadkiem jakiegoś bezdomnego, a on mnie zaczepił i spytał: „Czy mogę coś pomóc, bo mi pani życie uratowała?”. Wierzę w sens tego, co robię i nie mam zamiaru zrezygnować. Czułabym się zubożona psychicznie i moralnie, gdybym z tego zrezygnowała. Będę to robić dalej!
 
________
od red. "Lekarze Nadziei" zostali nominowani do przyznawanej przez redakcję "Gazety Stołecznej" nagrody "Stołek roku 2009". Więcej na http://warszawa.gazeta.pl.

 

źródło: inf. własna ngo.pl
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Komentarze | dodaj komentarz
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.