Niedawno do klubu Powiększenie można było przynieść zabawki i ubrania, które zostaną wysłane do Ganghkarki w Nepalu. Skąd pomysł?
Działam tu z ramienia organizacji Village Environment
Community Ganghkarka (www.vec.org.np). To nepalska organizacja pozarządowa działająca w Katmandu, która opiekuje się wioską Ganghkarka. Ta z kolei mieści się w regionie Helambu, blisko granicy z Tybetem. Wcześniej spędziłam w Nepalu trzy miesiące. Współpracowałam tam m.in. właśnie z VEC. W Katmandu mieszka Ola Perczyńska, moja przyjaciółka, która jest stałą wolontariuszką tej organizacji. Koordynuje projekt, jest fundraiserem, opiekuje się przyjeżdżającymi tam wolontariuszami. W marcu, kiedy tam byłam, pomyślałyśmy, że bardzo dużo można zrobić tu, w Warszawie. Obie stąd pochodzimy, czuję się tutaj skuteczniejsza. Właściciele Powiększenia byli bardzo otwarci, genialnie nam się współpracowało. Do klubu przyszło mnóstwo osób zainteresowanych wolontariatem. Pytali o kwestie logistyczne, o całą organizację wyjazdu i o to, jakie umiejętności są najbardziej potrzebne. Dwie osoby wybierają się tam na jesieni W Ganghkarce mieści się szkoła z internatem założona i prowadzona przez VEC. Rodziców nie ma na miejscu. Wiadomo, że szóstka nauczycieli nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć, dać dzieciom wystarczająco dużo uwagi. Z wykształcenia jestem psychologiem, staram się na to patrzeć holistycznie. Widzę, że równie ważni jak pieniądze czy zabawki, są tam ludzie.
Na czym polega wolontariat?
Kilka umiejętności jest tam szczególnie cennych. Przede wszystkim nauka angielskiego. Cała edukacja dzieci odbywa się w tym języku. Podręczniki są specyficzne, zawierają np. zasady higieny – to coś, czego też trzeba nauczyć. Po drugie potrzebne są osoby, które mają jakąś wiedzę medyczną, potrafiące rozpoznawać przynajmniej podstawowe problemy zdrowotne. Po trzecie – osoby znające się na uprawianiu ogrodu, hodowli warzyw. Najważniejsze jest jednak otwarcie na inną kulturę i elastyczność. Wiedzę trzeba jeszcze jakoś zaaplikować, przedrzeć się przez różnicę kulturową, być otwartym, pokornym. Trzeba schować wszystkie swoje przyzwyczajenia do kieszeni, być tam jak najbardziej użytecznym. To bardzo trudne.
Zachęcacie do wolontariatu: „VEC poszukuje wypalonych bankowców, marketingowców, copywriterów, PR-owców i innych sług Babilonu, żeby pomogli nam rozkręcić naszą szkołę AKA zbawić świat”.
W Katmandu, gdzie co trzecia osoba jest wolontariuszem, mówienie o pracy i pomocy jest czymś zupełnie naturalnym. Natomiast tutaj, jak się mówi o pomocy dla jakiegoś Nepalu, budzi to cyniczne komentarze lub bardzo naiwne reakcje: „Tak! Zbawić świat”. Postanowiliśmy to prześmiać, uderzyć do osób, które mają do tego dystans, a oprócz tego – mogą mieć na to pieniądze i doświadczenie. Szukamy ludzi, którzy stwierdzili, że warszawska ścieżka nie daje im już satysfakcji, chcą coś zmienić, szukają doświadczenia granicznego. Starałyśmy się nie rezygnować z poczucia humoru, chociaż mówimy o problemach Trzeciego Świata, które śmieszne nie są. Myślę, że Polska jedną nogą stoi na Wschodzie, a drugą na Zachodzie. Wiadomo, po której stronie tej relacji znajduje się Warszawa. Stąd ten trochę reklamowy język, język banków i korporacji. Pracuje w nich dużo młodych ludzi i do nich też się zwracałyśmy.
Nie bez znaczenia są tu możliwości finansowe wolontariuszy, trzeba np. kupić sobie bilet na samolot do Katmandu. Stamtąd siedem godzin autobusem do ostatniego przystanku, a potem siedmiogodzinna wędrówka, która w porze monsunowej może trwać dwa dni. Kiedy tam byłam, część drogi była zamknięta i zamiast siedmiu godzin, jechaliśmy pięć. Wysadzono nas wcześniej i pierwszego dnia szliśmy pięć godzin, przenocowaliśmy po drodze u znajomej rodziny i następnego dnia szliśmy kolejne pięć godzin do Ganghkarki. Kiedy stamtąd wyjeżdżałam, szliśmy te dziesięć godzin jednego dnia i był to najdłuższy „spacer“ w moim życiu. Szło z nami dwoje dzieci, musiały zejść z gór, bo były chore. W ogóle nie płakały. To też pokazuje, jak takie miejsca uwalniają z nas energię, o której nie mamy pojęcia, że istnieje. Wydaje ci się, że jesteś zmęczona, ale musisz iść jeszcze osiem godzin – i idziesz. W mieście ta energia zupełnie inaczej się rozkłada.
VEC to organizacja założona przez mieszkańca Gangkharki.
Pobyt w Katmandu i podróże po regionie pokazały mi, jak dużo jest tam niewiarygodnych organizacji, wykorzystujących statut NGO-sa, żeby zarabiać pieniądze. Trzeba być ostrożnym, sprawdzać je zanim ktoś zdecyduje się na pracę wolontariacką. Trzeba też pamiętać o specyfice tamtejszej kultury. Zupełnie inne jest tam pojęcie czasu. Nepal to kultura polichroniczna, wartościowo spędzony czas to taki, który spędza się z ludźmi na podtrzymywaniu relacji, najlepiej długotrwałych, a nie na wykonywaniu zadań. Kultura zachodnia jest tu wyraźnym przeciwieństwem. Kontakty z ludźmi są tu coraz częściej jedynie narzędziem do osiągania celów. VEC było więc dla mnie organizacją wiarygodną bo widziałam, że coś robią, widziałam efekty tej pracy, np. wybudowaną szkołę. Po drugie, jest tam Ola Perczyńska, którą żartobliwie nazywam „agencją nepalską”, ona kontroluje to wszystko z Katmandu. Wiem, że wszystkie wysłanie przeze mnie rzeczy trafią do niej, a ona na pewno wyśle to dalej, do Ganghkarki. Jest tam również Dorjee, prezes VEC, który stamtąd pochodzi. On najlepiej zna lokalną społeczność Szerpów i Tamangów. Zna jej mocne i słabe punkty, a przede wszystkim – zna jej realne potrzeby. Wszystkie realizowane przez VEC projekty są więc odpowiedzią na nie.
Dlaczego Nepal?
Wcześniej przez dwa i pół roku pracowałam na jachtach jako stewardessa. Stąd miałam pieniądze, żeby móc robić wolontariat i dać sobie trochę czasu. W Nepalu jest moja przyjaciółka, jest też buddyzm tybetański. Chciałam być poza kontekstem europejskim, zachodnim, musiałam zwolnić. Jachty to specyficzne miejsce, gdzie stykasz się z ekstremum próżności. Sami goście i właściciele mówią, że to są ich bańki mydlane. Olka też wcześniej pracowała na jachtach. Mówiłyśmy, że pracując w takim miejscu musimy naprawić sobie karmę, stąd wolontariat. Nepal to jeden z biedniejszych krajów na świecie. Tam widzę sens mojej pracy, jej efekty.
Jesteś z Warszawy, tu studiowałaś. Jak buduje Ci się ten most między Warszawą a Nepalem? Czy znajdujesz w tym jakąś równowagę?
Nepal na pewno równoważy dla mnie doświadczenie z jachtów. Warszawa jest dla mnie bazą, wszystko tu się zaczyna i kończy. Wracając tutaj, chciałabym zatrzymać w sobie rytm, który miałam w Katmandu, w Himalajach. Tak się jednak nie da. Już po dwóch tygodniach od powrotu z Nepalu byłam nakręcona, wszystko tu jest bardziej nasycone, wszystko każe się spieszyć. Do tego miasta trudno mi jest mieć dystans, bo mieszkałam tu przez większość życia.
Chyba jest tak, że dla mnie Warszawa równa się Polska. Jak jestem w Polsce, to jestem głównie w Warszawie. Nie myślę więc o niej jako o konkretnym mieście, ale jako o mojej „Polsce” właśnie. Warszawa mnie rozprasza. Wszystko tu rozumiem, wiem jak czytać wszystkie konteksty kulturowe, wiem, dlaczego ludzie zachowują się tak a nie inaczej. Wszystko tu jest nasycone znaczeniami. Nie ogranicza mnie bariera językowa. Przez ostatnie trzy lata byłam z tego wyłączona. Podróżowałam po miejscach, gdzie pierwszym językiem był zawsze język dla mnie obcy. Moja wiedza w nim była podstawowa. Zawsze mogłam się wyłączyć, czułam komfort tego, że jestem na zewnątrz, że jestem outsiderem. To dawało ogromny dystans, mogłam non stop słyszeć swoje myśli. Jak wracam do Warszawy, po tygodniu ich nie słyszę. To mnie niepokoi. Dlatego potrzebuję być poza kontekstem. Muszę ten dystans łapać na nowo.
Paradoksalnie, zanurzenie w obcym języku potrafi nas bardziej zbliżać do ludzi. O więcej rzeczy możemy pytać wprost, więcej wysiłku i energii wkładamy we wzajemne zrozumienie się.
Zyskujesz mnóstwo dodatkowych praw, możesz pytać o podstawowe rzeczy. To prowadzi do głębszej komunikacji. Wielu podróżników ma podobne refleksje: osoby spotkane w podróży są najbardziej fascynujące ze wszystkich, ale te relacje są bardzo poszarpane. To cena, jaką się płaci. Kiedy zaczyna się budować głębsza nić, już ktoś wyjeżdża. W obcym języku łatwiej rozmawia się o bardzo podstawowych, egzystencjalnych rzeczach. Nie są one tak bardzo osadzone lokalnie. Zyskuje się szersze, globalne spojrzenie, szuka się wspólnego mianownika. W Warszawie te rozmowy są skupione na tym, co najbardziej aktualne, mają formę wymiany informacji.
Czy masz Warszawę swoich marzeń?
Powiedziałabym raczej, że Warszawa moich marzeń to mój własny, pozytywny stan umysłu. Potrafię sobie z łatwością wyobrazić miasto, gdzie nie mam dostępu do wszystkich wygód, ale moja głowa jest w bardzo dobrym stanie i to jest wtedy miasto moich marzeń.
Wszystko zależy od nas samych. W Warszawie odnajduję mnóstwo możliwości bycia w czymś pozytywnym – ulubione, „własne” kino, ścieżka w parku. Tutaj mam też najdłuższe relacje osobiste, tu jest moja rodzina, długoletnie przyjaźnie. Kiedy wróciłam tu po dłuższym czasie miałam poczucie, że miasto tętni, że jest coraz więcej pozytywnych, odpowiedzialnych osób, które nie zrównują ze sobą kultury i biznesu, którym chodzi o coś więcej. Poczułam, że muszę Warszawę na nowo odkryć. Z drugiej strony nie podoba mi się, że tak zachodniejemy. Podróż do Nepalu pomogła mi wrócić do pionu, docenić to, co mamy. Prąd, ciepłą wodę, dostęp do Internetu, literatury, do sztuki filmowej. Prawo do wydawania prasy. W piramidzie Maslowa nie jesteśmy na samym dole, mamy zaspokojone podstawowe potrzeby, w związku z czym możemy wejść wyżej.
Warszawa to dom?
Też, ale śmiejemy się z Olką, że tych domów mamy już kilka. Warszawa jest bazą.
Mówiłaś o tej lekcji ciszy, jaką Nepal może dać Warszawie. A co ma Wawa dla Nepalu?
Patrząc na aspekt materialny, myślę przede wszystkim o wszystkich rzeczach i zabawkach, jakie Warszawiacy przynieśli do Powiększenia. Oprócz tego bardzo cieszą pieniądze zebrane z biletów. Zostaną przeznaczone na wybudowanie boiska szkolnego. Warszawa wybuduje je dla ponad setki dzieciaków z małej wioski w Himalajach (docelowo szkoła będzie miała czterystu uczniów, którzy będą z niego korzystać). Może teraz generalizuję, ale wydaje mi się, że przez to, że Polska stoi jedną nogą na Wschodzie, my tam, do Nepalu troszkę pasujemy. Jesteśmy bardziej elastyczni, skłonni wejść w ich rytm, w ich rozumienie czasu. Dobrze o tym pamiętać.
Agnieszka Słodownik (ur. 1979) – prowadzi witrynę barmleczny.com; wraz z Wojtkiem Pakierem autorka tomiku poezji „ęą“ (liberatura); jedna ze świń projektu the-pigs.com; z wykształcenia psycholog kliniczny.