Przejdź do treści głównej

Miasto Obywateli: Rzucić pomost do kultury [wywiad]

autor(ka): rozmawiał Ignacy Dudkiewicz, ngo.pl
2014-09-17, 07:00
archiwalne
fot.: Anna Żórawska
Warszawa zaczyna przyzwyczajać się do obecności osób z niepełnosprawnością. Ale wciąż trzeba pracować nad świadomością. Nad tym, żeby pojawienie się osoby niewidomej czy niesłyszącej w kinie lub teatrze nie było sensacją, żeby wszyscy nie zamierali i nie zastanawiali się: „Jak ta osoba będzie oglądała film czy spektakl?” – mówi Robert Więckowski z Fundacji Kultury Bez Barier w kolejnej odsłonie cyklu „Miasto Obywateli”.

Ignacy Dudkiewicz: Jak duża jest potrzeba wśród osób niepełnosprawnych, by uczestniczyć w kulturze?

Robert Więckowski, Fundacja Kultury Bez Barier: – Bardzo różnie. Potrzebna jest praca u podstaw. Ale jesteśmy absolutnie przekonani, że byłoby pożądanym, aby osoby z niepełnosprawnością korzystały z dóbr kultury przynajmniej w takim samym stopniu, co osoby pełnosprawne. To niezwykle ważne, gdyż czyni ich kompetentnymi uczestnikami życia społecznego. Spotykając się w gronie znajomych, mają wtedy szansę porozmawiać o filmie, spektaklu czy wystawie.

Może to kwestia wyrobienia nawyków?

R.W.: – Niewidomi czy niesłyszący nie są przyzwyczajeni do tego, żeby chodzić do kina, do teatru, do muzeum, bo przez całe lata te instytucje były dla nich niedostępne. Niesłyszący chodzili co prawda oglądać obrazy, ale – z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę – często bardzo słabo znają język polski, który jest dla nich językiem drugim, czy wręcz obcym. Ich naturalnym językiem jest Polski Język Migowy. Nie każdy niesłyszący czyta z ruchu warg, nie każdy jest w stanie, mimo pomocy aparatu słuchowego, usłyszeć słowa przewodnika. Niewidomi do muzeów nie chodzili w ogóle, bo były one całkowicie nieme. Podobnie było z kinem czy teatrem.

Coś w ogóle pozostawało dostępne?

R.W.: – Najważniejszym medium kultury dostępnym dla osób z niepełnosprawnościami była telewizja. Tyle tylko, że zacisze domowe zamieniało się niekiedy w getto, gdyż tylko i wyłącznie w jego obrębie osoba z niepełnosprawnością mogła uczestniczyć w życiu kulturalnym. A nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby włączyć ją w normalny, naturalny rytm, żeby spotykała się z innymi. Trzeba pracować nad tym, żeby dała sobie szansę, żeby poszła do kina, do teatru, do muzeum i zobaczyła, że może być to dostępne także dla niej.

A czy funkcjonuje wśród osób z niepełnosprawnościami świadomość, że mogą nie tylko z owej dostępności korzystać, ale że mają także prawo jej oczekiwać?

R.W.: – Jeżeli ich zapytasz, czy o tym wiedzą, na ogół odpowiedzą bardzo prosto: że bardzo by tego chcieli. Wśród młodych ludzi z niepełnosprawnością ta świadomość jest wyższa. Starsi bardzo często już sobie całkowicie odpuścili ten temat. A szkoda. Często przecież, kiedy jest się na emeryturze, ma się więcej czasu na uczestniczenie w kulturze.

Potrzebna jest też praca u podstaw nad postawami społecznymi.

R.W.: – Oczywiście. Istnieje bardzo dużo stereotypów i kalek myślowych między światem osób z niepełnosprawnością i osób pełnosprawnych. A szkoda, bo to przecież jeden świat. Płaszczyzna kultury jest bardzo dobrym gruntem do tego, żeby się spotykać, rozmawiać, nasiąkać sobą nawzajem, uczyć się żyć ze sobą nawzajem.

To się zmienia?

R.W.: – Warszawa zaczyna przyzwyczajać się do obecności osób z niepełnosprawnością. Ale wciąż trzeba pracować nad świadomością. Nad tym, żeby pojawienie się osoby niewidomej czy niesłyszącej w kinie lub teatrze nie było sensacją, żeby wszyscy nie zamierali i nie zastanawiali się: „jak ta osoba będzie oglądała film czy spektakl?”. Żeby dla wszystkich było oczywiste, że skoro są niewidomi na widowni, to znaczy, że spektakl będzie z audiodeskrypcją, a jeśli pojawili się niesłyszący, to na pewno będą wyświetlane odpowiednie napisy. Prawda o społeczeństwie to nie jest prawda tylko o osobach pełnosprawnych, ale także o wszystkich grupach wykluczonych. Także z kultury.

W porządku, praca u podstaw to fundament. Ale co jeszcze można zrobić?

R.W.: – Jeden z naszych postulatów jest bardzo konkretny, choć wciąż nie umiem ocenić, na ile jego realizacja jest prawdopodobna.

A mianowicie?

R.W.: – Chcielibyśmy, żeby – przynajmniej w Warszawie – został wprowadzony zapis dotyczący finansowania wydarzeń kulturalnych: jeżeli ktoś stara się o dofinansowanie z pieniędzy publicznych, to żeby był zobligowany do stworzenia wydarzenia w taki sposób, by było dostępne dla każdego. Jeżeli bowiem przygotowujemy spektakl, wystawę, robimy koncert czy kręcimy film dzięki pieniądzom państwowym czy samorządowym, powinniśmy zadbać o to, żeby mogły mieć do tego dostęp także osoby niewidome, niesłyszące czy poruszające się na wózkach. Oczywiście, na miarę możliwości danej instytucji i wykonalności takiego zamiaru. Nie chodzi zresztą tylko o osoby z niepełnosprawnością, chociaż ich sprawy stanowią trzon naszej działalności.

Największe trudności dotyczą osób poruszających się na wózkach. Udostępnienie dla nich wydarzeń kulturalnych wymaga często poważnych nakładów finansowych na przebudowy budynków. Nie zawsze można od razu uzyskać na to pieniądze i pozwolenia. Ale warto o tym myśleć.

A jeśli chodzi o osoby niewidome i niesłyszące?

R.W.: – Jest to bardzo proste i w porównaniu z sumami, które przeznaczane są na wyprodukowanie nowego spektaklu czy nagranie nowego filmu, kosztuje stosunkowo niewiele. Trzeba tylko o tym pamiętać. Staramy się więc uwrażliwiać i przekonywać, że znacznie łatwiej zabudżetować od początku te siedem czy osiem tysięcy, kiedy aplikuje się o kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy, niż znaleźć je potem z innych źródeł. A raczej nie zdarza się, żeby decydenci dysponujący pieniędzmi odmówili przyznania ich na dostosowanie wydarzenia do potrzeb osób z niepełnosprawnością. Gdyby pojawił się zapis obligujący wszystkie instytucje kultury do tego, żeby pamiętać o osobach wykluczanych przez całe lata z tego naturalnego, codziennego życia kulturalnego, byłoby przepięknie. Zwłaszcza, że mogłoby to być naprawdę bardzo proste.

To dlaczego tak się nie dzieje?

R.W.: – Bo wciąż większym problemem jest mentalność, niż braki infrastrukturalne. Jeżeli zostaną pokonane bariery mentalne, jeżeli wszyscy będą przekonani, że warto robić wydarzenia dostępne dla każdego, to braki infrastrukturalne można przynajmniej łatać, dopóki nie uda się wprowadzić trwałych rozwiązań. Wszystko zaczyna się od ludzi.

Którym niekiedy ten temat nawet nie przyjdzie do głowy...

R.W.: – Nikogo za to nie winię. Chciałbym mocno podkreślić, że to naprawdę nie jest wina twórców czy menadżerów kultury, że nie myślą o osobach z niepełnosprawnością. Nie myślą, bo nie zostali do tego przyzwyczajeni. W ciągu całej mojej edukacji nie było wokół mnie ani jednej osoby z niepełnosprawnością. Wiedziałem, że te osoby istnieją, ale o ich potrzebach nie wiedziałem kompletnie nic. I wciąż bardzo wielu ludzi jest tak wychowywanych.

To czemu zająłeś się tym tematem?

R.W.: – Na ostatnim roku studiów straciłem wzrok. Kiedy jeszcze widziałem, przyzwyczaiłem się do tego, że jestem stałym gościem w muzeach, że oglądam filmy, chodzę na spektakle. Nagle to wszystko stało się dla mnie niedostępne. I zacząłem zwyczajnie za tym tęsknić. Jest tyle fajnych myśli, propozycji, które artyści składają światu, dając do myślenia, skłaniając do radości, do smutku, wskazując na inny punkt widzenia danej sprawy, a ja nie jestem w stanie poznać tej oferty. Zobaczyć, co nowego zostało wymyślone. Było to dla mnie niezrozumiałe. Tak nie powinno być.

I gdzie indziej nie jest?

R.W.: – Niedawno moja koleżanka wróciła z Anglii, gdzie wynajęła mieszkanie w zupełnie normalnej dzielnicy. Na parterze jej kamienicy było osiedlowe kino. Zeszła na dół, wzięła repertuar i zobaczyła, że w ciągu tygodnia odbywają się tam cztery pokazy z audiodeskrypcją i z napisami dla niesłyszących. Jak widać, można. A w polskich kinach do tej pory pojawiły się trzy filmy z audiodeskrypcją, a z napisami dla niesłyszących jeden.

Do tego potrzeba nie tylko zmiany mentalności, ale także infrastruktury.

R.W.: – Jasne! Do tego też trzeba zresztą podchodzić z głową i całościowo. Jeżeli przeprowadzamy remont w kinie czy teatrze, ale także kiedy remontujemy ulicę, powinniśmy myśleć o dostępności. Ważna jest bowiem nie tylko dostępność samego miejsca kultury, ale także drogi do niego prowadzącej. I wiadomo, jak to osiągać.

Widzicie tendencję, by iść w tę stronę?

R.W.: – Jest różnie. Często się o tym myśli, często się to budżetuje, ale często zdarza się również tak, że kiedy brakuje na coś pieniędzy, to w pierwszej kolejności rezygnuje się właśnie z tego.

A przecież mówiłeś, że nie chodzi tylko o osoby z niepełnosprawnością.

R.W.: – Nie ma takiego udogodnienia dedykowanego osobom z niepełnosprawnością, z którego w pewnych określonych sytuacjach nie mogłyby skorzystać osoby pełnosprawne. Audiodeskrypcja przyda się, jeżeli ktoś ma zapalenie spojówek podczas pokazu plenerowego. Napisy wyświetlane na stacjach metra, są użyteczne dla wszystkich, kiedy przejeżdża pociąg. Wszelkiego rodzaju podjazdy, windy, platformy, z których korzystają osoby poruszające się na wózkach, przydają się także osobom, które mają złamaną nogę, ludziom starszym, dla których problemem jest pokonanie schodów, czy całej federacji kółeczkowej. Rzecz w tym, by myśleć o wszystkich. I dodatkowo pamiętać, że nasze społeczeństwo się starzeje, w związku z czym liczba osób z niepełnosprawnością sukcesywnie się zwiększa. Być może te wszystkie udogodnienia za jakiś czas staną się absolutną oczywistością ze względu na to, jak wiele osób będzie ich potrzebowało.

Co nie znaczy, że zmian nie należy wprowadzać już teraz.

R.W.: – Oczywiście. Już teraz bowiem osób z takimi potrzebami jest całkiem sporo. Szacuje się, że około 11% mieszkańców Warszawy stanowią osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Nie chodzi o grupkę zapaleńców.

Kwestia infrastruktury nierozerwalnie wiąże się z kwestią pieniędzy.

R.W.: – Wprowadzenie obligatoryjności tworzenia wydarzeń w sposób dostępny dla wszystkich, musiałoby pociągnąć za sobą także działania wspierające instytucje kultury w tym zakresie. Teatry mogą przekonywać, że przygotowywałyby wydarzenia dostępne, ale nie posiadają ekranów do wyświetlania napisów czy sprzętu do audiodeskrypcji. Można pomyśleć nad sposobami dofinansowania instytucji kultury przy wykorzystaniu środków unijnych. Nie mówimy o sumach, które by porażały. Zresztą, nie jesteśmy przecież szaleńcami. Nie żądamy, żeby wszystko zostało zrobione w miesiąc czy w rok. Ale trzeba uruchomić ten proces, a potem go konsekwentnie wspierać, a wtedy w końcu osiągniemy cel. Działajmy krok po kroczku, byle w dobrym kierunku.

Oprócz kwestii dostępności dzieł, istotne wydaje się również umiejętne informowanie o niej.

R.W.: – Masz rację. Potrzebne są dostępne strony internetowe, a także umiejętność formułowania odpowiednich komunikatów czy zaproszeń dostosowanych do potrzeb osób niesłyszących i niewidomych. Potrzeba edukować osoby tym się zajmujące.

Od czasu do czasu przypadkiem dowiadujemy się, że jakiś teatr, muzeum czy dom kultury zrobiły coś dla osób z niepełnosprawnością, tylko że nikt o tym nie wie. Warto, by te instytucje przyzwyczaiły się do chwalenia się podobnymi działaniami.

Ponadto wyklucza nie tylko niepełnosprawność...

R.W.: – Zajmujemy się też wykluczeniem ekonomicznym. Organizujemy obecnie kolejną edycję Warszawskiego Tygodnia Kultury Bez Barier i namawiamy wszystkie instytucje kultury, które razem z nami działają, żeby chociaż jedno czy dwa wydarzenia w jego ramach były albo niebiletowane, albo żeby ceny biletów były minimalne. Tak niskie, jak to tylko możliwe. Żeby ta bariera niezbyt zasobnego portfela przestała mieć znaczenie.

Wiecznie niedofinansowane instytucje kultury będą zgodnie z prawdę stwierdzać, że wpływy z biletów to ważne źródło ich utrzymania...

R.W.: – Nakłady na kulturę są ciągle zbyt niskie, co do tego nie ma wątpliwości. Ale spojrzałbym na to też z innej strony. Czy aby na pewno wpuszczenie raz w miesiącu na spektakl czy na seans po obniżonych cenach oznaczałoby ruinę dla danej instytucji? A może właśnie służyłoby budowaniu audytorium? Tego typu akcja może dać szansę na udział w kulturze osobom, które w ogóle nie chodzą do kina czy teatru, a wobec tego – gdy bilety są zbyt drogie – nie wydają na kulturę ani złotówki. Mając okazję spotkać się z kulturą, mają szansę nauczyć się do niej wracać. A im więcej osób jest gotowych wydać pieniądze, tym instytucja zarabia więcej, nawet jeśli od czasu do czasu bilety kosztują mniej. Przecież jeżeli spektakl jest grany szósty czy siódmy sezon przy pełnej widowni, to znaczy, że naprawdę już na siebie zarobił. Natomiast wystawienie go od czasu do czasu za jedną trzecią ceny dla wielu ludzi oznaczałoby rzucenie pomostu w ich stronę. Pomostu, przez który będą mogli zacząć wchodzić w świat kultury.

 

Robert Więckowski – wiceprezes zarządu Fundacji Kultury Bez Barier


Informacja własna portalu ngo.pl

Źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 1 0

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • integracja społeczna
  • kultura
  • miasto
  • osoby z niepełnosprawnościami
  • tradycja